wtorek, 24 czerwca 2014

These nights never seem to go to plan

Data: czerwiec 2014
Powód: Florence
Fandom: Leitha nie powinna robić zdjęć
Zapytanie: życie, koncert, pracowity czerwiec 
Typ: pamiętnik, relacja
Słów: 2600


Byłam pewna, że nie lubię koncertów.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, czym ludzie się zachwycają. Drogie bilety, zablokowane ulice, wrzeszczące tłumy ludzi mogących błyskawicznie zmienić Cię w rudą miazgę i scena tak daleko, że o wiele więcej zobaczysz kupując dvd.
Na urodziny organizowane z moim chłopakiem dostałam kiedyś od znajomych dwa bilety na Within Temptation w Stodole. Nie ekscytowałam się bardzo, zwłaszcza że koncert szybko został przełożony o niemal rok, gdy wokalistka zaszła w ciążę (jak ona śmiała?). Nim się spostrzegliśmy, zespół nagrał nową płytę i byliśmy niemile zaskoczeni, gdy 90% koncertu składało się z bliżej nieznanych nam utworów. W dodatku miałam zły humor tego dnia, kolejki były niemiłosiernie długie i nastroju koncertu nie czułam zupełnie. Otrzymałam propozycję bycia wziętą na barana, ale na samą myśl poczułam przypływ lęku wysokości.
Potem okazało się, że nowa płyta była całkiem niezła. Słucham jej do dziś, ale nie o to chodzi.
W takim nastroju anty-koncertowym przemęczyłam się aż do 2013 roku, kiedy to ogłoszono, że Florence wystąpi na Coke Live Music Festival w Krakowie. Kraków daleko, nieznany, Coke taki pełen spoconych ludzi, bilety nietanie i…
…może wytłumaczę Wam, o co chodzi z Florence.
Sądzę, że każdy ma taką jedną rzecz. Są ludzie, którzy nie lubią psów. Ale jest dla nich taki jeden mały piesek kolegi z klasy, z takimi malusieńkimi uszkami, którego nie da się nie wygłaskać, a mowa zatwardziałego kociarza zmienia się w jego obecności w niezrozumiałe piski i gruchanie nieskładnych sylab. Są osoby, które nie lubią słodyczy (są?). Ale jest taki jeden smak z dzieciństwa, jeden typ ciastka, którego recepturę zna jedynie ich babcia. Słodycz, którego oni nie nazywają byle słodyczem. Rozkosz w ustach, dla której zabiliby na zawołanie. Ta jedna rzecz, dla której robią wyjątek.
Mam nadzieję, że czujecie klimat. Moją rzeczą jest Florence. Moją – osoby, która przez całe życie słuchała wszelkich rockowych odmian muzyki, od Emo-watych Green Day’ów i Linkin Parków, przez ballady o niespełnionej miłości w stylu Three Doors Down, przez cięższe brzmienia w kierunku Bullet For My Valentine aż do naprawdę zatwardziałego i zdziadziałego okresu słuchania Megadeth czy Pantery – ulubioną wokalistką jest Florence.
Florence, której najcięższym możliwym określeniem jest Indie rock. Której każda piosenka jest inna, miesza się z popem, soulem. Coś, co w wykonaniu faceta byłoby śmieciem obok którego nie tylko nie przeszłabym obojętnie, ale rozstrzelałabym na ranienie moich uszu. Florence, której teksty są głębokie, metaforyczne, mroczne, liryczne i romantyczne. Wszystko to, czym gardziłam na lekcjach polskiego. Florence, która wygląda na wiecznie niewyspaną i nieumalowaną, której garderoba jest pomięta i czasem sprawia wrażenie wyjętej ze śmietnika.
To ten typ zagubionej, delikatnej, eterycznej i tak do bólu oryginalnej i alternatywnej osoby, której do tej pory nie byłam w stanie zdzierżyć.
Cóż, tylko krowa nie zmienia zdania.
Jej koncert w Krakowie w sierpniu ’13 zapamiętam z wielu względów. Nadal sceptyczna, miałam wokół siebie barierę, przez którą starałam się nic nie przepuszczać. Obserwowałam za to ludzi – tych szczęśliwych, podekscytowanych ludzi, którzy wrzeszczeli jak opętani, gdy tylko harfa wjechała na scenę. Roziskrzone oczy i zaciśnięte dłonie tysięcy fanów, których w jednym momencie serca stanęły, a ich cały świat skupił się na rudej łepetynie w czarnej, skromnej sukience na środku sceny.
Ciężko opisać ścisk serca w obliczu nagle spływającej świadomości, jaką siłę ma muzyka. Jaką władzę ma ta szczupła, delikatna osóbka, biegająca po scenie na bosaka, a czasami przystająca, by nieobecnym (zagubionym?) wzrokiem przejechać po widowni. Florence nie łapie kontaktu wzrokowego, nie widzi swojej popularności i siły. Jest oderwana od tego wszystkiego, uśmiecha się nie w dumie, a zdumieniu.
Uderzenia basów, które trzęsą ziemią (nie podłogą – ziemią) i klatkami piersiowymi można zaznać na wielu koncertach. Wywrzeszczanego jak jeden mąż, znanego na pamięć, wyrytego na sercu tekstu – również. Lecz to ten blady, rozkojarzony wzrok, to skinięcie wychudzonej dłoni i zapytanie w oczach – Co wy tu wszyscy robicie? – jest tym, co odróżnia Florence od reszty.
Pod koniec koncertu chrypiałam i kulałam. Starałam się zachować spokój i wyprowadzić moje towarzyszki cało z morza ludzi. Potem, stojąc samej pół godziny w kolejce po picie, gdy one dochodziły do siebie, zdałam sobie sprawę, że moja bariera pękła. Że dopiero teraz do mnie dochodzi, co właśnie przeżyłam, że byłam częścią - tysięczną, malutką kroplą w tym morzu – masy, która zdefiniowała ten koncert. Że zostałam zaklęta, nie mniej nie bardziej, przez muzykę, której nie zawsze rozumiem, której nie zawsze potrzebuję, i która na pewno do mnie w ogóle nie pasuje.
Przez miesiące do następnego koncertu nawet nie zorientowałam się, gdy Florence stała się mi jeszcze bliższa. Nie słuchałam jej wcale dużo, i tak już wszystko znałam na pamięć, a poznałam rzesze nowych artystów. A mimo to podeszła mnie w niespodziewany sposób.
To moment, w którym jej słuchałam, powód, sprawił, że nabrałam do niej tak emocjonalnego podejścia. Gdy nieobecnym wzrokiem skanowałam wyświetlacz i naciskałam „play”, byłam zwykle bardzo szczęśliwa lub bardzo smutna. I to eufemizmy, bo w moim chorym przypadku „szczęście” powoli przeskalowało się w euforię i zatracenie, a „smutek” w rozpacz i nędzę. Balansowałam po skraju noża i w obu przypadkach wracałam myślami do tego koncertu. Czułam, jak muzyka mnie wypełnia. Teksty nie tylko obiecywały, pocieszały i radziły. Opowiadały, tuż do mojego ucha, własne historie, zdające się mówić – Nie tylko ty tak masz. Ja czułam to samo.
To właśnie powiedziałam (wykrzyczałam?) w tłumie w sobotę, w czerwcu ’14, gdy przeciskałam się w kierunku sceny z niewinną kocią gracją, a moja towarzyszka stwierdziła, że nie idzie ze mną.
Dlaczego? – spytałam.
To tylko Florence.
To nie przystojny facet, to nie wielka, międzynarodowa sława, to nie perkusista, którego przesiąknięte potem pałeczki mogłabym złapać i trzymać w pokoju, a potem sprzedać na eBay’u. Poza tym – nie dasz rady. Tu są tysiące ludzi. Każdy tam idzie, nie uda ci się.
To tylko Florence.
Mam nadzieję, że nie klęłam za bardzo. Wytłumaczyłam raptownie rozmówczyni, że to bluźnierstwo. Że Florence jest dla mnie ważna. Że to osoba, której głos słyszałam w uchu w najlepszych i najgorszych chwilach mojego życia, gdy nikogo innego obok mnie nie było. Że ją poznałam. Że to głupie, ale ona zna mnie i ja jej potrzebuję. Że to genialna osoba, której nie rozumiem… a chcę.
Że to jest Florence.
Miałam przez moment wrażenie, że wszystko pójdzie źle. Że przyjechałyśmy za późno, że przez koncert nie zdążę skończyć projektu na studia, że nie wrócę do domu przez Paradę, że bramkarz żartujący, że nas nie wpuści, bo mamy nienumerowane miejsca na płytę (what?) wyprorokował coś złego. Że narzekanie koleżanek udzieli mi się, i ten koncert nie będzie miał nic do poprzedniego.
Zacisnęłam jednak zęby.
Nie pozwolę, by była to recenzja z koncertu. Nie powiem słowa o Bombay Bicycle Club, The Wombats i The Kooks, bo nie byli ważni.
Ważne było, że kilka minut przed dwudziestą trzecią zobaczyłam jasnoszarą barierkę. Że od sceny dzieliło mnie co najwyżej pięć metrów. Wszystkie byłyśmy zaskoczone, że to już, że zaraz, a wokół nas tyle ludzi, którzy się pchają i pchają.
Tuż przed nami był Fanclub Florence. Mieli koszulki, gadżety, wianki, brokat. Full wypas. Byli typowi fani – przestępujący z nogi na nogę, podekscytowani, których w życiu nie mogłabym oderwać od misji, jaką było zobaczenie ich „Flo” z bliska. Mówili o niej jak o starej przyjaciółce.
Byli też tacy, którzy przysypiali – faceci wielcy jak dąb, którzy mruczeli, że są zmęczeni i mają już dość tego koncertu. Zastanawiałam się, jak puści muszą być. Jak bardzo nędzni, skoro nic tak wyjątkowego, czego nie można kupić (nie dosłownie) nie sprawia im radości.
Miałam ochotę ich zabić.
Jednak zrozumiałam, że wszystko musiało pójść dobrze.
Jednak wolontariuszka zapinająca mi oczojebnozieloną opaskę na nadgarstku puściła mi oko. Jednak kasjer sprzedający nam wodę uległ naszym zalotnym uśmiechom i dał nam zakręconą butelkę, nie kubek.
Tylko nikomu nie mówcie.
Jednak fanklubowiczki odwróciły się ku nam, zaczęły rozmawiać.
Nie macie brokatu – zauważyły.
No… nie.
Odkręcony krem podstawiono mi pod nos. Posmarowałam się nim na całej twarzy.
Zamknijcie oczy i głowa do góry.
Kilo brokatu przyklejonego do skóry miało pewnie polepszyć wrażenia.
Jednak pod sceną czekało nas jednak więcej miłych zaskoczeń. Bohaterami dnia przez moment nie była Florence, a… oni:
 Wolontariusze z Kropli Beskidu, którzy z uśmiechem na stałe przylepionym do ust nalewali wody do papierowych kubków i podawali je nam.
Mimo że nie było bardzo gorąco, można było być poważnie zmęczonym i odwodnionym. To w tych „kolejkach pokoju” – podawaniu sobie setek kubków pomiędzy rękami nieznajomych, zobaczyłam pierwszą tego dnia iskierkę. To był jednak magiczny dzień.
Wokół była masa cudzoziemców. Obok nas stała Hiszpanka (jeszcze niższa niż ja!) od której piersi odbijałyśmy się, gdy ktoś z tyłu pchał ją na nas, bo ktoś z obsługi technicznej przeszedł przez zaciemnioną scenę.
Oh, ¡Dios mío! ¿Por qué?!
 Podaliśmy jej wodę i poplotkowaliśmy po angielsku. Szybko stworzyło się kółko wzajemnej adoracji – plotki o Florence, kto którą piosenkę lubi najbardziej, skąd jesteśmy, ile kto czekał przed bramkami.
By the way – świadomość, że stoję obok chłopaka z Lublina, który na wejście na stadion czekał od siódmej rano, gdy ja przyjechałam o osiemnastej  – bezcenna. Podokuczałam mu trochę (albo poflirtowałam z  nim – nie jestem pewna) by dopiąć swego.
Minuty tykały, a ja stałam jedną osobę od barierki. Widziałam wszystko, stojąc na podwyższeniu (coś na kształt progu zwalniającego, pewnie na kable) i patrząc nad głową niskiej dziewczyny. Przyjechała z chłopakiem i gdy każdy instrument zespołu był już na miejscu, a za nimi powiewała płachta z intrygującym wzorem, mocno ścisnęła go za rękę.
A tak serio, gdzie twój wianek?
Zasuszony, nie ze mną – odparłam. – Nie miałam siły robić nowego.
            I nagle się zaczęło. Pierwsze nuty, szum, wrzask, postać Florence w czymś, co mogę jedynie nazwać podomką i ewidentnie boso i ewidentnie bez stanika. Tysiące ust skandujących tekst, piski, krzyki, rozmowy i dudniące nagłośnienie, które pozwala mi ją jeszcze jakoś dosłyszeć, bo szum fanów dochodzi tylko z jednej strony.
            Nie ogarniam nic, stoję na palcach, by odprowadzić ją wzrokiem, patrzę jak rozgląda się po pełnym stadionie i wita się z nami.
          Wtedy rozpoczyna się kolejna piosenka, tę lubię bardziej, niesamowity bas, niesamowity rytm. Skandujący tłum robi za piękny chór, którego nie można kupić. Echo stadionu na które narzekają „specjaliści” nagle się przydaje, a każda nuta rozwodnionej i tak piosenki otrzymuje nową, odbitą w tafli barwę.
            Jestem w stanie jedynie uśmiechnąć się porozumiewawczo do koleżanek, które aż skaczą z radości. Wyciągamy ręce i machamy, gdy Florence podchodzi do nas bliżej, stoi na samej krawędzi sceny.
            Chwila przerwy. Długa nuta na gitarze elektrycznej. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem, widzę banany na twarzach ludzi dookoła, nie przeszkadza mi brokat w oku i zapach potu, bo to już teraz. Wszystko się dzieje i nic mnie nie obchodzi i gdyby tylko…
            Brzmią pierwsze nuty harfy i drętwieję. Wszystko jest przepełnione purpurowym światłem. Florence hasa po scenie, z jednej strony na drugą, jakby właśnie nie zaczynał się jej najważniejszy dla mnie utwór.
            Przypomina mi się rozmowa z Kamm, z którą przez swoją gapowatość się w końcu nie spotkałam. Ona chciała Over the Love, ja swoje Howl, mimo że Florence nigdy go nie gra na koncertach. Przypominam sobie jeden jedyny komentarz pod facebookowy'm postem Florence o koncercie – mimo że nigdy nie komentuję masowych postów nie-znajomych, ale Florence jest wyjątkiem – w którym pyta, co ma zagrać dla Polaków.
            Howl – piszę od razu, nawet jeśli to podpucha i to wcale nie ona, ale muszę napisać, bo to moja piosenka, mój kawałek świata, ja cała i nie tylko, mój tekst, moje łzy, moi bohaterowie.
            Florence wychyla się ku publiczności z lekko rozchylonymi ustami, jakby drwiąc. Czeka na odzew, rozgląda się. Perkusja gra do marszu.
            Chwyta mikrofon i zaczyna śpiewać, skupiona, wprost do niego, lekko pochylona, idąc w moim kierunku.
            Zaczynam szlochać i zakrywam twarz rękoma. Tylko rozczulony wzrok i pocieszające ramię wokół mnie sprowadza mnie na ziemię. Jestem tu, tuż obok (pod) Florence, która śpiewa w moim kierunku tekst tak bardzo mi znany i tak bardzo trafiający w moje sedno.
            Florence idzie dalej, wyciąga rękę ku publiczności, a wszyscy wokół mówią – nie krzyczą – tekst, jakby też mówili do mnie, o mnie, o niej też, i do niej, i ona wyciąga mikrofon w inną strefę fanów, którzy pomagają śpiewać, mówią tekst szybko i z bolesną znajomością jak zahipnotyzowani.
            Wokół są ludzie, którzy lubią to, co ja. Kochają ją tak jak ja i być może mają ku temu te same powody. Trafia to do nich, rozumieją to, a może to Florence nas rozumie, nie odwrotnie, i dlatego o tym śpiewa i dlatego to takie piękne.
            Wpatruję się w nią jak głupia, w jej farbowane włosy, które są jak moje naturalne, gdy ja w napływie chęci zmian ufarbowałam się, by być jak ona kiedyś i nie mogę przestać płakać i krzyczeć. Chodzi tym swoim zarzucającym krokiem, jakby szła po łące, wśród kwiatów w wiosenny poranek, a nie będąc centrum wszechświata tysięcy ludzi i kolejnych milionów, których tam nie ma a chcieliby lub powinni.
            Ruda łepetyna znika, Florence zeskakuje niżej, śpiewając do mojej grupy kolejną zwrotkę i już z powrotem czuję grunt pod nogami. Śpiewamy z nią wszyscy, machamy do niej i wyciągamy ręce. Florence nas nie widzi, ale nie szkodzi. My uśmiechamy się za nią i to wystarczy. Zadziera sukienkę i wskakuje z powrotem na scenę i odprowadzamy ją wzrokiem, wiedząc, że wróci. Unosi materiał, pokazując całą nogę i tańczy, i chodzi wzdłuż krawędzi, śpiewając jakby sama dla siebie. Bez wysiłku, lekko. Jest jak ryba w wodzie.
            Nikt z nas nie spodziewa się szaleństwa, jakie następuje przy Rabbit Heart. Tego jak Florence wchodzi w publiczność lub robi piruet, obsypując się brokatem. Wszyscy widzą wianki i radość, i absolutną bekę chórku z tego, co gwiazda robi pod sceną, biegając bez opamiętania i piszcząc do mikrofonu.
            Każdy truchleje przy jej najdłuższej nucie podczas No Light, No Light.
            Nikt nie spodziewa się coveru, wszyscy szepczą, czy to aby nie nowa piosenka z kolejnej płyty, na którą wszyscy do cholery czekamy. Skaczemy, a ludzie rozsypują brokat. Depczemy porzucone kubki.
            Ludzie wariują, gdy śpiewa Over the Love, o które też prosiliśmy i uśmiecham się na myśl, że Kamm będzie zadowolona. Moje koleżanki nie znają, ale szybko im tłumaczę. Odkrywam ten utwór na nowo i znów chce mi się płakać.
            I mówi do nas. Mówi, że nas kocha, że czekała na ten występ, że wzruszyła się niespodziankami (czerwone morze serc) i listę piosenek przygotowała specjalnie dla nas, zgodnie z naszymi prośbami. Nic dziwnego, że słyszymy Blinding, Sweet Nothing czy Breaking Down.
            Jestem czerwona z radości.
            Florence spotyka się z fanklubem za kulisami, wszyscy są w brokacie. Robią masę zdjęć. Mówi organizatorom, że to najważniejszy koncert w jej życiu.
            A ja wciąż nie wierzę. Nie pozwalam barierze oddzielić mnie od tych wrażeń, nawet jeśli ludzie się pchają, krzyczą, a moja skóra pokryta jest tak grubą warstwą brokatu, że wygląda jak rybie łuski.
            Koncert przedłuża się, bogu dzięki, bo nie chcę wracać.
            Człapiemy do przystanku, ale pięćdziesiąt tysięcy osób w jednym autobusie to zły pomysł. Wokół są tłumy. Śmieją się, gadają, piją piwo.
           Dopiero teraz orientuję się, że to nie chodnik się nagle rozrósł, ale ta chmara ludzi idzie do centrum środkiem ulicy. Dosłownie yolo-walk największą ulicą i najsławniejszym mostem Warszawy. Wszędzie brokat, który skrzy się w świetle latarni. Całe centrum stolicy, od stadionu po dworzec, jest opanowane przez wianki i Florence.


            Dzięki Mundialowi w domu czekało na mnie piwo. Brokat miałam następnego dnia na całej głowie, mimo dwukrotnego mycia włosów. Mama nie może go usunąć też z pralki.  Spałam jak zabita.
            Do tej pory oglądam nagrania z koncertów i analizuję je – już na trzeźwo.
            Ściągnęłam oficjalne video z czterech piosenek. Głupie Orange nie pozwoliło na transmisję live, a Youtube zaraz będzie usuwał. Musi wystarczyć.
            Z projektu dostałam lepszą ocenę, niż kiedykolwiek, a reszta studentów zazdrości mi koncertu.
            Nie wszystko było idealne. Nigdy nic nie jest. Nie muszę się jednak nikomu już tłumaczyć z mojego szczęścia. Znajomi mogą niedowierzać, śmiać się ze mnie, pytać czemu, ale ja już tylko wzruszam ramionami. Oni, w swoich barierach, nie zrozumieją.
            Zabiorę ich wszystkich ze sobą następnym razem.

środa, 18 czerwca 2014

Don't walk away when the heart is yearning

Pierwszy dzień po zajęciach, tuż przed sesją, a mój organizm decyduje, że skoro teraz nic nie muszę, to podaruje mi anginę. 
Póki się nie pozbieram i nie zacznę pisać nowych rzeczy - wykopuję starocie, które widziało mało osób.
To krótkie... coś... dedykuję wszystkim, którzy w codziennym miejskim zgiełku czasami zatrzymują się, zastanawiając się, co siedzi w głowach mijających je osób. Tym, którzy rozumieją, że nie są jedyni na świecie, a tuż za rogiem może rozgrywać się jakaś magiczna, niezwykle emocjonalna historia. 


Data: listopad 2012
Powód: bo tak
Fandom: brak
Zapytanie: przekleństwa, emocje,  życie
Typ: Shonen-ai (?)
Słów: 2900



         Wiatr zacina jak pojebany. Nienawidzę wiatru. Mam do niego za długie włosy. Jestem cały mokry od tego przeklętego śniegu, przez co lepią mi się do twarzy. Nienawidzę śniegu. Nienawidzę zimna, nienawidzę takiej pogody i tego kurewskiego miasta.
         Zbliżamy się do dworca. Nienawidzę dworców. Cuchną szczynami, stęchlizną i truciznami sprzedawanymi masowo w postaci hot-dogów i innych gówien. Wałęsają się tu menele i inne podejrzane, cuchnące osobistości. Prawdziwa śmietanka towarzyska.
         A Ty się uśmiechasz. Bezczelnie się, kurwa, uśmiechasz, gdy wychodząc z tramwaju omal nie upuszczam sobie na stopę ciężkiej torby. Ryjesz się dalej, jak pojebany. No tak. Bo jesteś pojebany. Trzeba być zjebem, by lubić taką pogodę. I dworce.
         Stajemy pod szerokim dachem. Szczerze mówiąc gówno on daje, bo wiatr wieje w bok. Kulimy się razem przy kolumnie, choć i tak masz we włosach pełno śniegu. I na rzęsach. Mam nadzieję, że tylko ja zauważam takie rzeczy. Znając cię, to gdy tylko zobaczysz płatek śniegu w moich, to uznasz to za wielce artystyczne i romantyczne i wyciągniesz ze swojej pedalskiej torby tego gruchota, co go nazywasz pieszczotliwie „aparatem” i cykniesz mi zdjęcie.
         Nienawidzę zdjęć.
         Czuję się jak po wyjściu z kina. Zawsze śmieszy mnie to uczucie. Wchodzi się do centrum handlowego, gdy jest jasno, ogląda się film w zupełnej ciemności. Jest się oderwanym od świata, zagłębionym w przedstawianej historii. Gdy się wychodzi, wydłubując nonszalancko resztki popcornu spomiędzy zębów, jest już noc. Zawsze mi się to zdarza, nawet latem.
         Ma się wtedy poczucie dziury w czasie. Strasznego marnotrawstwa, zagubienia. Mam tak teraz, trzęsąc się z zimna przy betonowej kolumnie jebanego dworca. Nie mam pojęcia, gdzie się podziało te kilka dni, które spędziliśmy razem. Były dla mnie jak film. Wciągający, zajmujący, psychologiczny i, szczerze mówiąc, kurewsko dobry film. Problem w tym, że wychodzę właśnie z kina. A ty jesteś reżyserem.
         Oddychasz bezgłośnie, gapiąc się gdzieś uparcie w dal. Z Twoich ust unosi się biała para. Na samą myśl, że widzisz w oddali jakiegoś zakichanego znajomego, który zaraz do nas podejdzie i zacznie pierdolić, ściska mnie za serce. Jeszcze tego brakuje, by zabrali nam ostatnie minuty razem.
         Nie wiem czemu, ale jestem na Ciebie wściekły. Często mi się to zdarza, ostatnio. Irytuje mnie to, że Cię nie nienawidzę. Że jakbym się starał, nic do Ciebie nie mam. Że się przy Tobie cały czas uśmiecham. Jak jakiś opętany dzieciak. Nienawidzę osoby, którą się staję.
         Czuję się… słaby. Inny. Samotny.
         Chociaż w sumie wiesz co? Jednak Cię nienawidzę. Tak. Nienawidzę tego, jak naiwny i dobry jesteś. Jak niepotrzebnie pomagasz ludziom, martwisz się o nich zamiast o siebie lub o mnie – wiem, jestem egoistą. Jak się poświęcasz, nie dostając nic w zamian. To cholernie wkurwiające. Nienawidzę, jak opowiadasz mi o swoich znajomych. O tych laskach, za którymi biegasz. Karolina, Magda? Nienawidzę ich. Nienawidzę, że nie masz dla mnie czasu. Że nie rozmawiamy tyle, ile kiedyś, bo znikasz nagle. I nigdy nie zaczynasz rozmów. Mówisz, że nie chcesz się narzucać, a ja sądzę, że to przez lenistwo.
         Uśmiecham się, myśląc o tym, choć jest to gorzka myśl. Odwracasz wzrok, speszony. Zamknięty w sobie i nieśmiały do końca, kurwa mać. I milczysz. Zwykle mi to nie przeszkadza, a jednak teraz, gdy za kilka minut przyjedzie mój pociąg, mógłbyś coś mówić. Wykorzystać ten czas, nacieszyć się nim należycie, a nie stać jak kołek i wyczekiwać.
         Czasami mam wrażenie, że Ci się narzucam. Że cieszysz się, że wyjeżdżam. Że powoli o mnie zapominasz i nasza przyjaźń staje się dla Ciebie niewygodna.
         Jeszcze jakbyś się mnie słuchał i cykał te swoje przeklęte foty. Pisał, oglądał dobre filmy. Ale nie. Marnujesz czas na bzdury, mimo że ja chcę dla Ciebie dobrze. Czasami mi się marzy, że spotkamy się kiedyś po latach i każdy z nas będzie robił to, co kocha. I będziemy się uzupełniać naszymi pasjami. Dzielić się nimi, cieszyć.
         Złudne marzenia. Nie liczę na to. To tylko przelotna myśl.
         - Pociąg TLK „Rozewie” do Wrocławia wjedzie na tor siódmy przy peronie drugim.
         Zajebiście. Jeszcze mniej czasu.
         Drgnąłeś na monotonny głos w głośniku. I spojrzałeś na mnie bez emocji, jakbyś coś ukrywał. Powinienem się już przyzwyczaić. Zaciskasz rękę na pasku od torby z przeklętym aparatem. Nosisz go przy sobie, a gówno z tego jest.
         Ale laski na to lecą, prawda? Tajemniczy romantyk. Cichy. Dojrzały. Oryginalny. Pierdolony artysta. A Ty nic.
         Nienawidzę tego, jak w siebie nie wierzysz. Masz w sobie ogień, niesamowity geniusz i intuicję, których ludzie Ci zazdroszczą. Uwielbiają Cię, tak przy okazji. Wszyscy. Jesteś dla nich całym światem. Całej tej popierdolonej bandy, do której nigdy nie będę mógł należeć. Nie wierzę, że przy Twojej inteligencji tego nie widzisz. A mimo to ciągle powtarzasz, że jesteś do niczego. We wszystkim. Że nie czeka Cię nic ciekawego, że do niczego nie dojdziesz.
         Masz wtedy szczęście, że mieszkamy te dwieście kilometrów od siebie, bo bym Ci porządnie przyjebał, czytając te bzdury. A wiesz, że trenuję.
         Prosisz się o pochwały i ja to czuję w kościach. Chcesz być doceniony. Ale nie przeze mnie. Mogę się zachwycać Twoimi pracami, Tobą całym, pocieszać Cię i wspierać, a mimo to nic to nie zmieni. Spłynie to po Tobie. Mogę się pocić nad Tobą jak pieprzony pedofil w przedszkolu, a Ty i tak uznasz, że przesadzam. Że jestem przyjacielem, więc paradoksalnie moja opinia się nie liczy.
         Że ja się nie liczę.
         A mimo to powtarzasz, że jestem ważny. I że mi ufasz. Kurewsko zabawne, serio. Gdy ja przestałem właśnie ufać sobie. Muszę to przemyśleć. Potem.
         Słyszę stukot nadjeżdżającego złowrogo pociągu. Wiatr zelżał. Odrywasz się od kolumny, by spojrzeć mi w oczy.
         Nienawidzę patrzeć się w oczy.
         Czuję stanowczo za dużo. Nigdy nie sądziłem, że będą mną targać takie emocje z takich błahych powodów. Bo przecież nic się nie stało, prawda? Kolejne spotkanie, po długich miesiącach rozłąki wypełnionych głupimi sms-ami i godzinnymi rozmowami przez komunikator. Ale to w dobre dni. Kiedy będziesz miał czas.
         A jak nie? Trudno. Moja duma i tak nie pozwoli mi upomnieć się o więcej. Duma i zdrowy rozsądek. Nie potrzebujesz mnie. A ja na Ciebie nie zasługuję. A to tylko te pomniejsze z wielu powodów.
         - Płaczesz – zauważasz z oszołomieniem. Wzdycham z uśmiechem, unosząc wzrok do góry. Zawsze byłeś, kurwa, spostrzegawczy. Chcę powiedzieć, że jesteś debilem, ale zagłusza mnie irytujący pisk hamującego pociągu.
         - No – odpowiadam zamiast tego, zarzucając zamaszyście ciężką torbę na ramię. Prostuję plecy. Znowu jestem wyższy, tę odrobinę, co jest zabawne, bo jesteś starszy.
         Intelekt i umiejętności postrzegania rzeczy oczywistych jednak na to nie wskazują. Jesteś kretynem, po prostu.
         - Czemu? – pytasz otępiale, uśmiechając się sztywno i sztucznie. Automatycznie stajesz pomiędzy mną a pociągiem.
         Bo jestem kurewsko nieszczęśliwy. Bo się żegnamy. Bo czuję zbyt wiele, stanowczo za dużo. Obiecywałem sobie z tym skończyć, a los jak na złość sprowadził na mnie tę pierdoloną słabość. Jestem jak głupie dziecko we mgle. Nie wiem, co ze sobą zrobić i nikt mi nie może pomóc.
         - Bo widzimy się ostatni raz – odpowiadam ze spokojem, a przynajmniej tak mi się wydaje.
         Twój uśmiech nie znika jeszcze przez sekundę. Całą pieprzoną sekundę zajmuje mu przetworzenie prostych informacji. Jesteś debilem.
         W końcu zębatki między Twoimi głuchymi na mnie uszami klikają i w Twoich oczach pojawia się zrozumienie. I strach.
         - D-dlaczego? – Masz oczy wielkie jak talerze. Szkoda, że siebie nie widzisz. W każdej innej sytuacji bym się roześmiał, ale nie teraz. Mam misję. I póki jestem w miarę odważny, a serce nie wyleciało mi z piersi, a za Twoimi plecami konduktor kłóci się z jakąś starszą pasażerką, muszę to zrobić.
         - Bo zrobiłem coś złego – mruczę powoli, jak do dziecka, którym, pod wieloma względami, jesteś. Niewinny. Głupi. Nieświadomy. Dobry. Nienawidzę Cię.
         - To znaczy? – Unosisz brew, pochylając się lekko, by lepiej spojrzeć mi w oczy. Wiesz, że tego nienawidzę. Ale Ty po prostu kochasz mnie wkurwiać, prawda? Czasami myślę, że to jedyny racjonalny powód Twojej egzystencji.
         Czytasz mnie doskonale. Czuję się przy Tobie goły. Wiesz o mnie tak dużo, że to niebezpieczne. Większości rzeczy potrafiłeś się sam domyślić. Poza jedną.
         Przez chwilę milczę, zapatrzony w Ciebie. Nie mogę uwierzyć, że to ostatni raz. Masz miły głos. Zwykły, ale miły. I umiesz dobrze się uśmiechać. Rzadko umiem rozpoznać, kiedy jest to fałszywe, kiedy nie, ale jeszcze niedawno nie przejmowałem się tym.
         Jeszcze niedawno nie sądziłem, że będziesz używał na mnie fałszywych uśmiechów. Lub po prostu nie byłem tak podejrzliwy.
         Czuję się odrzucony. Jakby ktoś pomachał mi ciastkiem przed nosem, dając nadzieję, a potem wdeptał je w glebę, na moich oczach. Mam wrażenie, że moje życie ostatnio to jeden wielki żart, że za chwilę zza tej jebanej kolumny wyskoczy koleś z kamerą i powie, że cały dworzec robi sobie ze mnie jaja.
         Nic takiego się nie dzieje.
         Wiatr zrywa się ponownie, a Tobie różowieją policzki. To idiotyczne, że lubisz mróz, naprawdę.
         - Pamiętasz, co ci ostatnio mówiłem o dziewczynach? – pytam, ocierając rękawem swetra oczy. Zrzuci się na wiatr. Dworzec jest kurewsko brudny, mógł mi wpaść jakiś pyłek. Bo ja nie płaczę. Nienawidzę płakać. – Jak mówiłem, kogo szukam?
         Uśmiechasz się. Jakbyś poczuł się pewnie na znajomym gruncie i zapomniał, co powiedziałem i gdzie jesteśmy. Niewiedza to skarb, czyż nie?
         Zawsze wydawało mi się, że wiem, czego chcę. Musiałem wiedzieć, co biorę, już taki byłem. Ciężko było sobie zapracować na moje zaufanie, wiec zadawałem się tylko z dziewczynami z klasy. Musiałem wiedzieć, czy mają jakiekolwiek szare komórki. Trafiło mi się zbyt wiele słabych panieneczek, by więcej ryzykować.
         Rozmawialiśmy o tym wiele razy. A ty masz pamięć do takich rzeczy.
         - No pewnie. Młodszej od ciebie, silnej, rozważnej dziewczyny z sąsiedztwa – recytujesz z pamięci. Nawet głos podobnie intonujesz, mimo że pisałem to w mailu. Powstrzymuję chęć, by wyrwać sobie włosy z głowy. Jestem kłębkiem nerwów i przenoszę ciężar z jednej nogi na drugą. – A nie takich cizi, co ostatnio.
         Masz ładny śmiech. Zaraźliwy i uspokajający.
         Przytakuję stanowczo, przełykając ślinę.
         - No. To trochę… zboczyłem z trasy. – Przygryzam wargę, odwracając wzrok.
         Uśmiechasz się.
         Naprawdę, każdy normalny by się już zorientował. Uciekł z krzykiem. Ale nie Ty. Jesteś głupkiem.
         - Zabujałeś się, serio? Ho, stary! – Klepiesz mnie w ramię. Przewracam oczami. Jakie to… męskie. Braterski dotyk. Brakuje tylko piwa, beknięć, przekleństw i meczu na plazmie w pokoju.
         Momenty, gdy zdobyłeś się na otoczenie mnie ramionami mogę policzyć na palcach jednej ręki.
         - Ta. – Czuję gorzki smak w ustach. Nie wierzę przez moment, że to robię. Ludzi przy pociągu robi się coraz mniej. Jak tak dalej pójdzie, to utknę tu, w najgorszym momencie swojego życia w mieście, którego nienawidzę. – Tylko to… błąd.
         - Czemu? – Przechylasz głowę, jak zaciekawiony kociak. Mam ochotę Ci przyłożyć.
         - Nie jest to osoba… silna. Ani rozważna. – Biorę wdech, patrząc w brudny sufit. – Ani młodsza ode mnie. Ani z sąsiedztwa. Właściwie to… - Zniżam jednak wzrok, bo nawet w tak trudnej sytuacji nie mogę sobie odmówić Twojego widoku. - …mieszka daleko. W chuj daleko. I… nie jest dziewczyną.
         Przez moment patrzysz na mnie z odpowiednim dla sytuacji lękiem i niedowierzaniem. Usta zamierają Ci w pół słowa. Widzę panikę w Twoich oczach. To zrozumiałe.
         Kocham Cię. Nie za to, jak Ty siebie widzisz, a jak ja widzę Ciebie. Za to, co dla mnie zrobiłeś, a jednocześnie nie zwracając na to najmniejszej uwagi. Kocham Cię za to, jak reagujesz na mnie. Za to, że mnie rozumiesz, że mnie słuchasz. Za to, że wiesz, co powiedzieć, gdy jest mi źle. Nawet się nie starasz, a dla mnie każde Twoje słowo czy gest są sto razy ważniejsze niż przygotowane wyznania kogokolwiek innego.
         Kocham Cię za to, że nie udajesz przede mną. Że mówisz mi, gdy jest Ci źle, nie grasz twardziela. Że prosisz mnie o pomoc, przez co czuję się potrzebny. To żałosne, ale czucie się częścią Twojego życia to jedno z najprzyjemniejszych dla mnie uczuć na świecie.
         Nie wiem, co jest w Tobie takiego. To chyba właśnie nazywają miłością. Podobno nie kocha się za coś, a pomimo czegoś. Nie przeszkadzają mi Twoje wady. Kocham je. Kocham to, jak się mylisz. Jak się denerwujesz. Jak jesteś zazdrosny, jak udajesz, że coś Cię nie obchodzi, jak starasz się postępować fair. Jak mówisz otwarcie o swoich słabościach, przyznając się do nich i powoli je akceptując, a nie chowając je i udając jebanego super-mana.
         Nie chodzi o miłość cielesną. Jesteś przystojny, owszem. Jesteś jednym z najatrakcyjniejszych facetów, jakich widziałem. Ale to bez znaczenia. Kochałbym Cię nie wiedząc, jak wyglądasz. Jakbyś nie miał nóg i rąk – też. Serce bije mi szybciej, gdy dla odmiany to ja zastanę nową wiadomość po podświetleniu komórki lub zalogowaniu się. Gdy powiesz coś zaskakującego. Gdy odczytasz moje słowa zanim je pomyślę.
         Boję się cokolwiek robić, gdy się widzimy. Wiem, że nie odwzajemnisz moich uczuć. Rozumiem to doskonale, bo gdyby pół roku temu jakiś facet wyznał mi miłość, spieprzałbym gdzie pieprz rośnie.
         Nie kocham Cię za wygląd. Nie jest ważna płeć. Ważna jest… kurwa, nie wierzę w duszę. Kocham Twój sposób myślenia. Wiesz o tym. Twoje serce, zdolne zarazem do bezwarunkowej miłości i spontanicznej nienawiści. Kocham idee, które sobą reprezentujesz i wierzę w rzeczy, w które Ty wierzysz.
         - Ty…
         Przenoszę zamglony wzrok na pociąg. Konduktor rozgląda się i kieruje kroki do drzwi. Podążasz za moim wzrokiem.
         Nie słyszę nic poza biciem własnego serca.
         Moje ręce zacieśniają się na Twoim kapturze w ułamku sekundy. Jestem pewien, że do ostatniego momentu nie wiesz, co się dzieje. Nasze usta zderzają się w niemym, jednostronnym pocałunku na jedną, nic nieważną sekundę. Odpycham Cię potem, mocno, i biegnę do drzwi.
         Zdążam.
         Mimo że przebiegłem najwyżej pięćdziesiąt metrów, dyszę jak oszalały. Idę na oślep przez wagon, szturchając ludzi ramieniem. Szczypią mnie oczy.
         Zatrzymuję się idealnie w momencie, gdy pociąg rusza. Łapię się za podstawę nosa, zaciskając zęby i wdychając przez nie powietrze. Opieram się o okno plecami, by już nigdy więcej Cię nie widzieć. Nie mogę.
         Możesz tam nawet stać i krzyczeć, to nic nie zmieni. Przyjaźń jest czasami najlepszą nagrodą, a czasami najgorszą karą. Ja jestem fatalistą.
         Oddalam się od peronu. Serce wygrywa z rozumem i odwracam się lekko. Nie ma Cię. Masz charakterystyczny płaszcz, widziałbym. Odszedłeś, prawdopodobnie przeklinając mnie w myślach, wyzywając od ciot i bojąc się, czy aby nikt nas nie widział.
         Opieram się o uchylone okno, wzdychając ciężko. Chłodny wiatr muska moją skórę. Co za idiota otwiera okno w pędzącym pociągu przy piętnastostopniowym mrozie?
         Komórka brzęczy mi w kieszeni.
         Serce zamiera mi w piersi.
         Jeśli to Ty, to będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Nie musisz przyjmować moich uczuć, uznawać ich a co dopiero ich odwzajemniać. Tylko błagam, bądź lepszym człowiekiem. Nie pozwól, by koniec naszej przyjaźni tak wyglądał. Jestem chujem i zjebałem, ale Ty zasługujesz na więcej.
         Drżącą ręką wysuwam Ericssona z kieszeni jeansów. Przed odwróceniem go ekranem do góry biorę jeszcze jeden wdech. Dookoła unosi się para wodna. Naciskam przycisk i mrużę oczy, by móc odczytać przez łzy.
         Wiadomość. Nie połączenie.
         Naciskam, że tak, kurwa, po to trzymam telefon, by przeczytać wiadomość.
         Reklama od Play.
         Wyrzucając komórkę przez uchylone okno rozszarpuję sobie rękę. Warczę jak zbity kundel, chwytając torbę w drugą rękę i kieruję swoje kroki do jakiegoś w miarę nie cuchnącego przedziału. Jebane pociągi.
         Nienawidzę dworców. Są miejscem, które kojarzą mi się tylko i wyłącznie z Tobą. Tam się witamy i żegnamy, a przez Ciebie wydają mi się mniej ohydne.
         Nienawidzę tego miasta. Od zawsze jego nazwa będzie przywodziła mi na myśl Ciebie, a ja nie postawię w nim nogi bez zawału serca. Nienawidzę go za to, że w nim nie mieszkam na stałe i nie mogę Cię widywać częściej.
         Nienawidzę zimy. Pierwsze nasze spotkanie było zimą. Ubrałeś się jak debil, jak na jebaną randkę na Karaibach. Cud, że nie dostałeś zapalenia płuc. Z Twoim zdrowiem – nie zdziwiłbym się. Tamta zima była cudowna i wcale nie taka zimna. I nienawidzę jej za to.
         Nienawidzę Twoich przyjaciół. Mają Cię na co dzień i nie doceniają skarbu, jakim jesteś. Nie zasługują na Ciebie. Nie twierdzę, że ja zasługuję, pokazałem to dosłownie kilka minut temu. Mimo wszystko – mam prawo do zazdrości i już nigdy mnie za nią nie opierdolisz.
         Nienawidzę zdjęć. Nienawidzę tego, że ich nienawidzę i Ty o tym wiesz, bo nie mamy żadnego wspólnego. Nie mam po Tobie pamiątki, którą mógłbym postawić sobie w pokoju i którą się maltretować. Nie mam nad czym odprawiać magicznych rytuałów i czego wkładać pod poduszkę. Moja siostra tak robi.
         Nienawidzę Cię. Myślałem, że jestem silniejszy. Że miłość to zabawa dla dziewczyn i dzieci. Sposób na wyrażenie, czego się chce. Że o tym się robi filmy i pisze książki, na tym zarabia się pieniądze.
         Byłem ślepcem. Śmiałem się z zakochanych, wmawiając im, że nie wiedzą, co mówią. Że im przejdzie. Miałem się za mądrzejszego i lepszego od nich.
         I dostałem za swoje.
         Zakochałem się w najwspanialszej osobie na świecie. Osobie, z którą nie mam żadnej przyszłości. Na którą nie zasługuję i której tylko spaprałbym i tak jej już mocno przejebane życie.
         Wiem, że odchodząc w ten sposób zabrałem Ci możliwość wypowiedzenia się. Zaskarż mnie, ale wolę nie wiedzieć, za jakiego idiotę mnie masz. Boję się spojrzenia Twoich oczu, które od teraz nigdy nie patrzyłyby na mnie tak samo. Nie byłbyś otwarty i szczery. Nabrałbyś podejrzeń i rezerwy. Nie chcę tego.
         Nienawidzę patrzeć w oczy.
         Nienawidzę, że nie robiłem tego wystarczająco często i teraz Twoja twarz mi się zamazuje we wspomnieniach.
         To naprawdę smutne, ale mam w sobie iskierkę nadziei. Siadając w cuchnącym korytarzu starego, rozpadającego się pociągu wyobrażam sobie, że wydzwaniasz do mnie, błagając, bym wrócił. Albo że wsiadasz w następny pociąg i przyjdziesz do mojego domu, cały mokry od deszczu, jak w filmach.
         Torturuję się takimi idiotycznymi myślami wiedząc, że to gówno prawda. Będziesz smutny jakiś czas. Może nawet wściekły. Ale przejdzie Ci. Zapomnisz, a ja może do tego czasu się ogarnę. Muszę.
         Mimo że się nienawidzę.



sobota, 7 czerwca 2014

Black, black heart

Mam kilka rzeczy w zanadrzu, którymi mogłabym się podzielić. Chwilowo naprawdę nie mam czasu pisać... mam nadzieję, że energia i wena, które mnie rozpierają, nie znikną wraz z sesją. Czas pomiędzy notkami wypełnię Wam starym one-shotem. Przed każdym fickiem będzie krótkie podsumowanie, byście mogli zdecydować, czy to aby na pewno dla Was. 

Data: październik 2012
Powód: prezent urodzinowy dla przyjaciółki
Fandom: Kuroshitsuji
Zapytanie: śnieg, szachy, herbata i kruki
Typ: Yaoi
Słów: 9300

              Obłoki pary wodnej osadziły się na szybie. Jego dłoń drgnęła delikatnie. Pierwszą reakcją było przetarcie szyby palcem, narysowanie czegoś. Szybko jednak zorientował się, że to niemożliwe. W głowie miał pustkę. Nie wiedział, co jest na tyle ważne w tej chwili, by odcisnąć swoje piętno na gładkiej tafli szkła oddzielającej jego kruchą sylwetkę od burzy śnieżnej szalejącej za oknem.
              Drzewa przy drodze prowadzącej do posiadłości nie zdążyły zrzucić jeszcze wszystkich liści, zanim zaskoczyła je zima. Stały jednak nadal, dumnie, mimo szargającego nimi wiatru, który niósł ze sobą ogromne płatki śniegu. Padał on gęsto, znacznie ograniczając widoczność.
                Nie widział niemal nic poza wszechogarniając​ą bielą. Pustką.
                Jak w jego głowie.
                Nie rysował też niczego wiedząc dobrze, że będzie to osądzone. Nie minęła bowiem jedna chwila, a poczuł na sobie ciężkie spojrzenie czerwonych oczu.
                Dłoń drgnęła po raz kolejny, tym razem chcąc zacisnąć się w pięść. Nie pozwolił jej.
                - Przepraszam, że przeszkadzam, paniczu – odezwał się Sebastian gładkim jak jedwab głosem. Ciel wiedział już po kilku słowach, że lokaj się z niego naśmiewa. Zapewne uważał jego stanie przy chłodnym oknie i spoglądanie w dal za marnowanie czasu. – Sowa pocztowa zawróciła z naszą wiadomością. Po reszcie ani śladu. Sądzę, że utknęli w Londynie.
                - Ja tu jestem od sądzenia, Sebastian – warknął oschle, choć jego głos nawet jemu wydał się zmęczony. Nie lubił zimy. I już bolała go głowa od myślenia, co taki stan rzeczy dla niego oznaczał. – Śnieg nie pozwoli nikomu przyjechać tu powozem. Jesteśmy odcięci.
                - Zgadza się.
                W pomieszczeniu zapanowała względna cisza. Nadal nie odwrócił się od szyby. Nie musiał. Wiedział, że jego służący się uśmiecha. Słyszał, jak wichura szaleje na dworze, dmąc w okna i powodując wyjące przeciągi w dalekich krańcach posiadłości. Ogień w kominku co jakiś czas trzaskał.
                Nie to, że ich potrzebował. Wiedział doskonale, że Sebastian wykonuje znaczną część pracy, za którą byli odpowiedzialni. Jego bezpieczeństwo dzięki obecności demona również się nie zmieniło. Jeśli już, to śnieg sprawnie powstrzymałby wszelkich chętnych do podjęcia z nim niespodziewanej walki.
                Żadna z tych rzeczy nie zmieniała jednak faktu, że czuł się nieswojo. Od bardzo dawna nie zostawał z demonem sam na sam. Przyzwyczaił się do obecności większej ilości ludzi w domu. Krzątali się, rozmawiali, pilnowali go. Mimo że ich nie widział, byli za ścianą, piętro niżej lub w ogrodzie. Sebastian nie wygłupiał się i nie popisywał, wiedząc doskonale, że w każdej chwili mogą mieć towarzystwo.
                Teraz to się zmieniło.
                Wszystkie plany wraz z powrotem tej przeklętej sowy zostały odwołane. Spotkanie z dyrektorem manufaktury, przymiarki garderoby, lekcje tańca, szermierki, literatury. Nie mógł nawet liczyć na niespodziewaną wizytę Elizabeth, która z pewnością bardzo chętnie wyrwałaby go ze szponów jego własnego lokaja.
                Był zupełnie sam. W promieniu kilku kilometrów mogło nie być żadnej żywej duszy. W oka mgnieniu poczuł się we własnym gabinecie jak szczur uwięziony w pułapce i czekający, aż wielki kocur zlituje się i przystąpi do konsumpcji.
                Kocur stał jednak tylko za jego plecami i przyglądał się swojej ofierze. Z pewnością delektował się takim stanem sytuacji. Lubił, gdy coś nie szło po myśli jego pana.
                Nie było to zresztą jednostronne. Jednym z najwyraźniejszyc​h powodów trzymania w domu kłopotliwej służby było zapewnienie Sebastianowi ciągłej roboty. Uwielbiał wyprowadzać spokojnego demona z równowagi, testować jego umiejętności i patrzeć, jak robi dobrą minę do złej gry.
                Lecz teraz demon postawił na swoim. O, tak. Ciel nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego podwładny maczał w tym wszystkim palce. Czy to było w ogóle możliwe, manipulowanie pogodą? Musiało być. To była zbyt dogodna pora. Dwa czy trzy tygodnie od tego śledztwa.
                - Cóż, paniczu… zdaje się, że na jakiś czas jesteśmy na siebie skazani. – Demon przerwał ciszę kłamliwie raźnym głosem. Myśl, że nie musiał pilnować Meirin, Barda i Finna oraz zważać na Tanakę, że przez cały dzień jego uwaga miała być skupiona tylko i wyłącznie na nim samym, przyprawiała Ciela o drżenie rąk.
                To z zimna – powtarzał sobie.
                By przekonać samego siebie, odwrócił się od fragmentu okna wystającego zza ciężkich, bordowych kurtyn i podszedł do kominka.
                - Myślę, że jesteśmy już od pewno czasu, Sebastian – westchnął nisko, opadając na fotel. Mimo bliskości trzaskającego ognia był chłodny w dotyku. I dziwnie twardy.
                Czy to on był taki spięty?
                - Mówisz tak, jakby była to dla ciebie niekomfortowa sytuacja, panie. – Brunet przechylił z uśmiechem głowę, a jeden kosmyk jego czarnych włosów osunął mu się na twarz. Hrabia prychnął, odwracając wzrok w stronę ogniska. Lokaj w kilku długich, zwinnych krokach pojawił się tuż przy kominku i zaczął poprawiać w nim drwa pogrzebaczem. Ogień buchnął wyżej i jaśniej. Ciel przymknął powieki, by nie patrzeć na mężczyznę pochylającego się tuż przed nim.
                Gdy je otworzył, demon klęczał na jednym kolanie tuż przed jego stopami, patrząc na niego przenikliwie. Ciel przełknął ślinę. Czuł się, jakby tym wzrokiem był rozbierany najpierw z ubrań, a następnie z samej skóry, jakby Sebastian obserwował bicie jego serca czy wygląd duszy.
                Może ją widział, kto wie? Musiała być bardzo interesująca, bo demon nie zdjął z niego czujnego, a przy tym lekko rozbawionego wzroku przez dłuższą chwilę.
                - Co się tak gapisz? – warknął, podkreślając swoją irytację oparciem głowy na zgiętej pięści. Miał dość tego napięcia. Chciał zostać sam, móc przemyśleć parę spraw bez tego irytującego psa, jakim był jego sługa.
                - Próbuję ocenić, czy ma panicz ochotę na herbatę.
                - Możesz zrobić i z dziesięć, bylebyś na chwilę zniknął mi z oczu – odparł chłopak, unosząc lekko brodę do góry. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, tym swoim wszechwiedzącym,​ spokojnym ruchem zmysłowych, wąskich warg i wstał bez wysiłku, zaraz zginając się lekko w pół z ręką na piersi.
                - Oczywiście.
                Gdy czarny frak zniknął za bezgłośnie zamkniętymi drzwiami, Ciel westchnął głęboko, odrzucając głowę z tył.
                Sebastian doprowadzał go do szału. Już dawno się do tego przyzwyczaił, naprawdę. Mógł udawać kogo tylko chciał, robić, co chciał i zachowywał się przy swoim słudze swobodnie. Niedawno jednak ten stan rzeczy zmienił się diametralnie. Teraz za każdym razem, gdy w pobliżu stawał jego lokaj, młody hrabia napinał wszystkie mięśnie. Nie mógł przestać go obserwować kątem oka, oczekując jakiegoś podejrzanego ruchu czy gestu. Siedział jak na szpilkach i był pewien, że gdy tylko demon zrobi coś nieprzewidywalne​go, jego ciało od razu poderwie się do ucieczki.
                A nie powinno tak być. To on miał być panem sytuacji. On decydował o wszystkim. Sebastian był tylko pomocnikiem. Sługą, pionkiem.
                Nikt jednak nie powiedział, że nie będzie miał na swojego pana wpływu. Nawet nie ingerując w działania czy decyzje Ciela, odbijał na nim swoje piętno. Chłopak coraz częściej gryzł się w język, a jego myśli odlatywały od ważnych spraw w kierunku demona.
                Przymknął wolne od opaski oko, starając się wykorzystać tę jedną chwilę wytchnienia na uspokojenie swojego zmęczonego umysłu. Jego myśli od razu przywołały tamtą noc.
                Dokładnie pamiętał, gdy zawalił się sufit. Konstrukcja chaty, w której gromadzili się podejrzani, była od początku słaba. Nikt jednak nie przewidział, że strop załamie się pod ciężarem bandytów walczących z Sebastianem. Po prostu nagle całą przestrzeń dookoła wypełnił kurz i zapach krwi.
                Nie wiedział, jakim cudem nie przygniotła go spróchniała belka. W jednej chwili patrzył nad siebie, słysząc tępy trzask łamanego drewna, a w następnej był niesiony przez swojego lokaja przez chłodne podwórze. Niedługo pojawili się pierwsi policjanci, bez przekonania gratulując hrabi rozwiązania nurtującej ich od miesięcy sprawy.
                Sebastian go nie puścił, i wiedział doskonale, dlaczego. Był ranny w nogę. Demon nawet przy swojej nadludzkiej zwinności nie był w stanie zachować go od wszystkich obrażeń. Spadający sufit musiał mieć w sobie wystające gwoździe, bo jedną z łydek Ciela szpeciło teraz długie i obficie krwawiące rozcięcie.
                Nie wiedział, czy jest głębokie. Nie stał na własnych nogach i był zbyt znużony po całym dniu pracy, by dociekać takich niuansów. Chciał jak najszybciej znaleźć się w swojej posiadłości.
                A Sebastian bez słowa spełnił jego żądanie.
                Zaczął już przysypiać w kołyszącym i irytująco znajomym objęciu bruneta, gdy z oddali usłyszał krzyki. Finn i Meirin zauważyli ich sylwetki i wybiegli im na spotkanie. Ogrodnik machał z przejęciem rękami, a pokojówka patrzyła na zakrwawioną nogę Ciela z dłońmi splecionymi przed twarzą.
                - Paniczu, nic panu nie jest? – spytała, drepcząc u boku niosącego go lokaja. Sebastian nawet nie zwolnił kroku.
                Ciel prychnął. Cóż za idiotyczne pytanie. Miał zmasakrowaną nogę.
                - To musiała być niesamowita przygoda! – zaśmiał się Finny. Zdawał się nie widzieć zmęczenia na twarzy swojego pana. Krwi sączącej się z rany i powoli wsiąkającej w rękaw czarnego fraka również. – Proszę się jednak nie martwić, zabierzemy pana w bezpieczne miejsce!
                Ciel otworzył leniwie oczy, gdy uścisk na jego udach i plecach lekko się zwiększył. Spod zmrużonych powiek widział gładką skórę na twarzy Sebastiana, gdy opowiedział blondynowi swoim delikatnym, zdradziecko kuszącym głosem.
                - Nie ma takiej potrzeby. Panicz jest teraz w najbezpieczniejs​zym miejscu na ziemi.
                I zupełnie zaprzeczając jego słowom, palce lokaja przesunęły się po odkrytej skórze na jego udzie. Hrabia wstrzymał oddech, nie mogąc powstrzymać nagłego dreszczu. Jeśli miał wątpliwości co do tego, co właśnie się stało, to po chwili demon powtórzył ten ruch, przesuwając swoimi smukłymi palcami po jego nodze. Nadal go niosąc.
                Reszta drogi do posiadłości łącznie z krótką rozmową z Tanaką, kolacją, opatrywaniem rany i przygotowaniem do snu, przeżył jak za mgłą.
                Od tego momentu było jeszcze gorzej.
                Sebastian zaczynał być bardziej arogancki; częściej się odzywał, zwłaszcza, gdy byli sami. Zdarzały się dni, gdy był po prostu bezczelny, więc Ciel odpłacał mu tym samym. Demon doskonale wiedział, że chłopak zauważył, co się dzieje i zdawał się być wielce zadowolony z tego tarcia między nimi.
                Gdyby tylko skończyło się na tych spojrzeniach, od których po jego kręgosłupie przemykała mała iskra prądu. Ale nie.
                Lokaj dotykał go. Bezceremonialnie​ kładł mu rękę na ramieniu, przy gościach, by mruknąć mu coś do ucha, mimo że doskonale wiedział, że Ciel wysłucha go tak czy inaczej, a sprawa nierzadko może poczekać. Innym razem palce lokaja, choć okryte białymi rękawiczkami, zdawały się niechcący dotknąć go przy codziennych czynnościach.
                Łydki przy wiązaniu butów. Szyi przy poprawianiu serwety do obiadu. Dłoni przy podawaniu korespondencji.
                Z początku hrabia był zdeterminowany, by nie dać po sobie poznać, że cokolwiek zauważył. Ignorował zabawę demona, by nie dać mu satysfakcji. Potem, widząc, że to podejście nie przynosi spodziewanych efektów - a Sebastian tylko jeszcze bardziej stara się wywołać u niego jakąś reakcję - zaczął przewracać oczami i prychać cicho, gdy tylko coś mu się nie spodobało.
                Najgorsze było w tym wszystkim to, że wystarczyły trzy tygodnie, a nie tylko się przyzwyczaił, ale nawet czekał na te sytuacje.
                Karcił się za myślenie w ten sposób, ale dawno przestał się oszukiwać. Gdy tylko lokaj zbliżał się do niego, jego ciało spinało się nie w irytacji czy strachu, a w oczekiwaniu. Nie mógł jasno stwierdzić, że mu się to podoba, nie. Było to raczej coś nie tyle od razu „przyjemnego”, co ekscytującego. Innego.
                Jego oczy zaczęły pilnować Sebastiana i z początku wierzył, że robi to z czujności. Szybko jednak się zorientował, że ma też ku temu inne powody. Piekły go uszy, gdy słyszał jego melodyjny głos. Ich oczy częściej się spotykały, i to Ciel odwracał speszony wzrok. Zaczynał zauważać i doceniać grację i pewność siebie, z jaką demon się poruszał. Eleganckie ruchy mięśni, dostrzegalne nagle nie tylko, gdy Sebastian zdejmował frak do cięższych prac, ale od pewnego czasu też nawet pod czarnym, grubym materiałem, zupełnie jakby poruszał się tak specjalnie.
                Nie mógł tego znieść. Nie chodziło już tylko o to, że prawdopodobnie wpadł prosto w jego pułapkę. Że przegrał grę z własnym sługą i okazał się słaby. Był wściekły, bo mimo swojej władzy i godności po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mógł się zdecydować. Nie wiedział, czego chciał i czego się spodziewać. Był w kropce.
                Wiedział, że chciał czegoś. Ale zupełnie nie mógł zrozumieć, czego.
                I dlaczego było to związane właśnie z Sebastianem.
                Warknął głośno, gdy drzwi do gabinetu uchyliły się cicho. Z zewnątrz wyglądało to na zirytowanie powrotem lokaja. Tak naprawdę było to skarcenie własnego ciała w obliczu zdrady. Poczuł lekkie swędzenie na policzkach i delikatne trzepotanie serca w piersi. Wypuścił powoli powietrze z płuc, zanim przeklęty demon był na tyle blisko, by to usłyszeć i przypisać sobie niepokój hrabi do długiej listy swoich sukcesów.
                - Dziesięć herbat, paniczu. Jak sobie życzyłeś – uśmiechnął się demon, prowadząc na stoliku z kółkami – w istocie – dziesięć parujących filiżanek. Ciel złapał się za podstawę nosa, wzdychając ciężko.
                - To była ironia, Sebastian. Nie graj głupszego, niż jesteś – mruknął, podnosząc, niby niechętnie, wzrok na zadowolonego z siebie służącego. Lokaj zamrugał, udając zmieszanie, po czym złapał się za serce ze skruszoną miną.
                - Proszę wybaczyć, mój panie. Nie zrozumiałem tego rozkazu – westchnął z przygnębieniem, mrużąc powieki. Nie oderwał wzroku od bladej twarzy młodzieńca, więc musiał zauważyć, jak hrabia, starając się wytrzymać napór jego spojrzenia, przełknął ślinę. Kącik ust demona poszybował do góry. – Proszę mówić czysto i wyraźnie… - Schylił się znacznie, zbliżając swoją twarz do nieruchomego chłopaka w fotelu. - …a spełnię każdy rozkaz.
                Phantomhive się starał. Naprawdę się starał wytrzymać ten widok – Sebastiana pożerającego go wzrokiem nienaturalnie błyszczących, czerwonych tęczówek, pochylającego się nad nim i mówiącego takie rzeczy swoim jedwabnym, melodyjnym głosem. Ciel wytrzymał. Jego ciało - nie.
                Drgnął znacznie, jego klatka piersiowa uniosła się spazmatycznie, gdy zaciągnął się powietrzem, a jego delikatna, dziecięca jeszcze twarz, pokryła się rumieńcem.
                Demon zaśmiał się.
                Po prostu się zaśmiał.
                I nie był to udawany, grzeczny, wyważony śmiech. Był to śmiech triumfalny. Demoniczny. I, niech go piekło pochłonie, niezwykle uwodzicielski.
                Lokaj wyprostował się, przez chwilę mierząc jeszcze swoją „mysz” dumnym z siebie, roześmianym spojrzeniem, po czym odwrócił się w kierunku dziesięciu filiżanek.
                - Wybierz jakąś – powiedział, a Ciel nie był pewny, czy jest to prośba, czy rozkaz. I dlaczego Sebastian nagle zapomniał o jego tytule. I czemu miałby spełniać czyjekolwiek rozkazy.
                - Muszę wiedzieć, która jest która – odparł, doprowadzając swoją twarz do porządku. Próbował wyobrazić sobie, że rozmawia teraz z którymkolwiek innym podwładnym. Lub partnerem biznesowym. Że nie jest to demon, któremu oddał swoją duszę, a z którym teraz walczy o własne ciało i umysł. Tylko ktoś inny.
                - Proszę zdać się na instynkt – odparł wysoki brunet, nie dając po sobie znać, by był zirytowany czy znudzony wymianą zdań na temat herbaty.
                - Na którą ty masz ochotę, Sebastian? – spytał hrabia, przechylając lekko głowę, by kosmyki miękkich włosów przysłoniły mu zdrowe oko. Demon uniósł brew, nieruchomiejąc. Ciel oparł się wygodniej w fotelu, kładąc łokcie na jego szerokich oparciach. Widać lokaj nie spodziewał się, że będzie tu brany pod uwagę jego gust.
                Jakie preferencje mogła mieć osoba… nie – istota żyjąca przez tysiące lat? Czy w ogóle czuł smak, jadał, czy tylko oddawał się przyjemnościom, jakimi było opętywanie myśli niewinnych, młodych chłopców, a potem pożeranie ich dusz ze smakiem?
                Ciel starał się zignorować dziwne ukłucie na myśl, że nie był pierwszy. Lubił sądzić, że był dla Sebastiana wyjątkowy. Jedyny.
                Dziwne.
                W duchu odłożył tę myśl do rozważenia na potem. W samotności.
                - Tę. – Brunet wskazał na porcelanową filiżankę sprowadzoną z Indii i ofiarowaną Cielowi przez Somę. Była udekorowana czerwonymi i złotymi malowidłami przedstawiającym​i słonie i palmy.
                - Daj mi ją – mruknął chłopak, wystawiając rękę. Sebastian przytaknął z uśmiechem, widocznie spodziewając się takiego polecenia i posłusznie sięgnął po pasującą podstawkę. Gdy jego palce nie musnęły dłoni chłopaka przy podawaniu mu napoju, kąciki ust Ciela opadły nieznacznie w dół.
                Powąchał podaną mu herbatę. Miała słodki, egzotyczny zapach.
                - Co to takiego?
                - Earl Grey z kolonii brytyjskiej na Cejlonie. Zaparzana jest z owocami mango i olejkiem z bergamoty. Może panicz wyczuć też nuty guarany i jogurtu.
                Zaintrygowany, Ciel wziął jednego łyka. Doskonała.
                Nie dał po sobie poznać, że mu smakuje, a tylko sączył ją dalej, ze spokojnie przymkniętymi oczami. Demon odprowadził kawiarkę na bok.
                - Weź którąś.
                Spod ciemnych rzęs widział dokładnie, jak demon drgnął. Po chwili jednak smukła sylwetka odwróciła się sztywno w jego stronę, poprawiając frak na piersi. Na twarzy gościł fałszywy, wyuczony uśmieszek.
                - To bardzo hojne, ale…
                - Zamknij się. Pij.
                Demon uniósł brew na ten dziwny rozkaz, ale posłuchał. Nie miał nic do stracenia, nawet, jeśli był to nagły kaprys jego pana. Pochylił się nad niskim stolikiem, wybierając dla siebie filiżankę. Jeśli czuł spojrzenie Ciela na jego plecach, to nie dał tego po sobie poznać.
                Lokaj wyprostował się, trzymając w smukłych palcach podstawkę z filiżanką w ciemnoszare ornamenty. Wyglądał niekomfortowo, jakby poza podaniem napoju swojemu panu nie wiedział, co innego można z nim robić.
                - Siadaj. – Chłopak wskazał brodą na sofę na drugim końcu pluszowego dywanu leżącego przed kominkiem. Uznał to za bezpieczną odległość. A jeśli nikogo poza nimi nie było w domu, równie dobrze mogli skończyć te szarady i udawanie, że Sebastian się go naprawdę słucha i porozmawiać jak…
                …chłopiec z demonem? Hrabia i sługa? Mężczyzna z mężczyzną?
                Demon usiadł już naturalnie, jakby to miejsce na drogiej kanapie od zawsze mu się należało. Zarzucił nogę na nogę, usadawiając się wygodnie i zaczął pić powoli, nie spuszczając czujnego wzroku z Ciela.
                Jego oczy buzowały ogniem, który nie miał nic wspólnego z kominkiem w pomieszczeniu. Chłopakowi zrobiło się gorąco.
                - Jaką wziąłeś? – spytał, choćby po to, by przerwać ciszę.
                - Musisz podejść i się przekonać – westchnął demon z niewinną miną, odchylając się lekko w kanapie. Hrabia warknął cicho, marszcząc brwi. Dać dupkowi trochę wolności i ten od razu jej nadużywał.
                Phantomhive przymknął na chwilę oczy, wsłuchując się w wiatr szalejący za oknem i w kontrastujące, przyjemne trzaskanie ognia. W okolicy kominka rozchodziło się przenikliwe ciepło. Miał nadzieję, że Sebastian rozpalił już w reszcie pomieszczeń.
                Odstawił filiżankę na stolik przy fotelu i wstał, przeciągając się lekko. Widział doskonale, jak Sebastian ma zamiar podnieść się i mu asystować, ale powstrzymał go zdecydowanym gestem dłoni. Przeszedł kilka kroków, jakie ich dzieliło, stając tuż przed obserwującym go z żywym zainteresowaniem​ lokajem.
                Mimo że brunet siedział, Ciel nadal nie mógł na niego patrzeć z góry. Nigdy chyba nie był w sytuacji, gdy demon znajdował się zdecydowanie niżej niż on. Nawet, gdy wychodził z kąpieli i stawał na białym ręczniku rozłożonym na podłodze, a Sebastian wycierał jego mokre, zaróżowione od gorącej kąpieli ciało, ciągle byli przynajmniej na równi.
                Irytowało go to. Czasami nawet wyobrażał sobie, co by było, gdyby kiedyś demon został ranny w walce lub usnął. Ciel byłby bardziej niż zadowolony z szansy stanięcia tuż nad nim, popatrzenia na niego z wyższością, pewnością siebie. Pokazania mu, że póki kontrakt nie został wypełniony, to on jest szefem.
                Stanąłby nad nim, pochylił się i…
                … no właśnie, co?
                Zagryzł wargę, karząc się za to niezdecydowanie i uniósł biało-szarą filiżankę ze spodka Sebastiana. Natychmiast przyciągnął ją do ust, wdychając głęboko aromat herbaty.
                Demon patrzył na chłopca pijącego z tego samego naczynia z dzikim zainteresowaniem​. Uśmiech zniknął z jego twarzy, pozostawiając jedynie skupienie. Niektórym to spojrzenie mogło wydać się przerażające. Wydawał się bowiem patrzeć na hrabiego jak bestia na bezbronną zdobycz; jak urodzony zabójca na niewinną ofiarę, nieświadomą swego losu.
                Bo czymże innym był, jak nie bestią? Toż to bestie i koty powinny być porównywane do Sebastiana, nie odwrotnie. Był mistrzem w tym spojrzeniu, i nawet jeśli u Ciela nie wywoływało ono już strachu czy choćby zdziwienia, nadal wywoływało w nim… coś.
                Różany smak rozlał się po ustach Ciela, a hrabia niemal już zapomniał, po co tam stoi. Ich spojrzenia skrzyżowały się nad filiżanką, jakby jeden testował drugiego, czekał na błąd czy pretekst do ataku.
                Róża i jabłko, teraz czuł wyraźnie. Gdy przełknął, doszukał się domieszki wanilii, choć nie był w stanie stwierdzić na pewno. Wanilii demon używał dziś do ciasta, róże były ulubionym kwiatem Ciela, a jabłko…
                Oblizał usta, a szybki ruch jego języka odbił się w płonących oczach.
                Demon uśmiechnął się nieznacznie, jakby Ciel wypijający mu herbatę był dla niego miłym widokiem.
                - Kto daje i odbiera… - zaczął melodyjnie Sebastian, nie spuszczając go z oczu. Nawet przy buzowaniu ognia i przyspieszonym biciu serca pulsującym mu w uszach był w stanie stwierdzić, że głos Sebastiana pozbawiony był głębi. Jakby demonowi zabrakło oddechu.
                Apetyt wymalowany na jego bladej twarzy otoczonej ciemnymi kosmykami podpowiedział chłopakowi. Jabłko było symbolem głodu, pragnienia. A także pokusy i grzechu.
                Jeśli Sebastianowi doskwierał głód, to bynajmniej mu nie współczuł. Ba, gdyby mógł wyciągnąć z siebie ten osobliwy kąsek, jakim była dla demona jego dusza, i pomachać mu nią przed nosem, by tylko pogłębić jego cierpienie – zrobiłby to z dziką przyjemnością i bez zastanowienia.
                Jakby się zastanowić, to właśnie to zrobił, odwracając się na pięcie i ruszając do okna, a po drodze podnosząc ze stolika swoją filiżankę. Przystanął tuż przed chłodną szybą, na której zbierały się krople z topniejącego śniegu. Wiatr za oknem raz po raz zmieniał kierunek, a niebo pokryte było jedną wielką, jasną chmurą, nie ujawniającą ani jednego promyka słońca.
                Mimo szalejącej burzy nie był przy oknie sam. Kątem oka dostrzegł ruch, a gdy skupił odpowiednio wzrok, spomiędzy wirujących w powietrzu płatków śniegu mógł wyróżnić drobną, czarną sylwetkę.
                Ciemny ptak wylądował dostojnie na gzymsie obok okna, patrząc z zamyśleniem w dal i ignorując zupełnie śnieg. Białe płatki osadzały się na lekko połyskujących piórach kruka, kompletnie kontrastując z nieprzeniknioną czernią jego umaszczenia.
                Zupełnie jak u Sebastiana – pomyślał Ciel, już nawet nie starając się odganiać swoich myśli od lokaja. Wziął zdecydowany łyk herbaty, a przyjemne ciepło rozlało się po jego wnętrzu. – Koszula i frak, cera i włosy, biały uśmiech i czarne serce.
                Ptak na dworze zdawał się go nie zauważać, a jeśli nawet go widział, to lekceważył go całkowicie. Strząsnął irytujący śnieg, przestępując z nogi na nogę. Nic dziwnego. Na pewno mu zmarzły.
                Ciel przez moment wahał się, czy nie wpuścić biednego stworzenia do domu. Szybko odrzucił ten naiwny pomysł, doskonale wiedząc, że gdy tylko otworzy okno, kruk odleci. A on będzie musiał się tłumaczyć Sebastianowi z dziwnego zachowania.
                Poczuł delikatne ukłucie samotności, gdy ptak po krótkim odpoczynku odleciał w stronę lasu, zostawiając go – ponownie – samego w obliczu zła czającego się za jego plecami.
                Choć nigdy dotąd nie widział w tej okolicy kruków, zwłaszcza w taką pogodę, zwierzę wydawało mu się niemal znajome.
                - To twoja sprawka? – spytał, czując, jak nagle temperatura powietrza wokół niego wzrosła o kilka stopni, a w gładkiej szybie mignął ciemny cień. Sebastian stał kilka kroków za nim, również pijąc herbatę. Hrabia nie widział jego oczu, ale miał dziwne przeczucie, że lokaj nie patrzy na krajobraz za oknem, a na niego.
                Mężczyzna przechylił lekko głowę, pewnie nie rozumiejąc, czy chodzi o pogodę, czy kruka.
                Ciel poczuł dziwne ciepło rozlewające się po jego ciele, całym, mimo że nie pił herbaty. Powstrzymał dreszcz, choć wydawało mu się, że dostał nagle gęsiej skórki.
                - Proszę pytać jaśniej. – Demon skarcił chłopca grzecznym tonem, a Ciel usłyszał brzęk filiżanki odstawianej na talerz. Wziął łyka własnej herbaty, oddychając spokojnie przez nos. – Chodzi o zamieć, czy o twoją frustrację i dreszcze?
                Tym razem lokaj podszedł bliżej, delikatnie pochylając się z uśmiechem. Chłopak warknął słyszalnie, odmawiając spojrzenia na niego. Wbił wzrok w nieokreślony punkt na szybie, nie ruszając się nawet o milimetr.
                - Zamieć – westchnął po chwili. Jego głos wydawał się nie mieć już swojej odpowiedniej siły i zdecydowania, więc wziął ostatniego łyka herbaty, by to naprawić. Druga kwestia jest oczywista – pomyślał z grymasem.
                - Czemu miałbym sprowadzać na okolicę śnieg? – spytał brunet, nadając swojemu głosowi tej niskiej, ciepłej barwy, która wprawiała Ciela w drżenie rąk. Poczuł dotyk na swojej dłoni zaciskającej mocno palce na uchu filiżanki. Przymknął oczy, pozwalając Sebastianowi zabrać puste naczynie i odstawić je na stolik.
                Wykorzystał zdobyty w ten sposób czas i odwrócił się przodem do demona. Nie lubił go nie widzieć. Zawsze zwracał mu uwagę, by podczas spotkań nie stał za jego fotelem czy sofą, jak reszta służących, a obok. Wtedy tłumaczył to łatwiejszym dostępem do wroga, gdyby hrabia potrzebował ochrony. Prawda byłą taka, że mu nie ufał.
                Nigdy mu nie ufał. I nie miał zamiaru.
                - Ty mi powiedz – warknął, krzyżując ręce na piersi i opierając się o okno. – Chodziło o pozbycie się reszty, czy może masz jakiś kolejny idiotyczny plan w zanadrzu? – spytał, próbując powstrzymać się od odwrócenia spojrzenia. Czerwone tęczówki wypalały dziurę w jego głowie. Był niemal pewien, że nie otrzyma jasnej i czytelnej odpowiedzi. Od kilku tygodni specjalnością Sebastiana były niedopowiedzenia​ i dwuznaczności.
                Na twarz lokaja wpłynął delikatny uśmieszek. Wyglądał jak kot, który schwytał kanarka. Brakowało tylko spodka śmietanki i piór wystających z jego rękawów.
                - Od kiedy to moje plany – „idiotyczne”, jak je nazwałeś, choć ja nazwałbym je raczej „innowacyjnymi” – i pozbycie się reszty domowników się wykluczają? – Ciemna brew uniosła się, a Ciel prychnął pod nosem. – Powiedziałbym nawet, paniczu, że idą one ze sobą w parze.
                Więc jednak demon coś knuł. Powinien być wściekły. Wściekły i ostrożny. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że świadomość, że Sebastian coś zaplanował, posłała przez jego ciało dreszcz ekscytacji. Nie spodziewał się tego. A powinien. Nadal nie wiedział, czego chce, a mimo to był zadowolony. Obojętne, jaki miał być rezultat ich gierek i starć, dziś miała nastąpić ich konkluzja.
                - Więc ci się udało – westchnął Ciel z udawanym spokojem, rozplątując ręce i wzruszając ramionami. Rozłożył je zaraz, wskazując za jednym razem na całą posiadłość. – Jesteśmy sami. Usatysfakcjonowa​ny?
                Trzy stuknięcia o parkiet gabinetu były dla jego uszu głośne jak piorun czy dzwon. Jego całe ciało napięło się, gdy demon podszedł do niego spokojnie, nie zdejmując z niego swojego gorącego spojrzenia.
                Przełknął ślinę, gdy Sebastian pochylił się nad nim, opierając jedną rękę na szybie obok jego głowy, a drugą sięgając do jego przepaski na oku.
                Wziął łamany oddech, a mężczyzna rozwiązał sznurek. Materiał osunął się po jego twarzy. Byli sami. Praktycznie już tego nie potrzebował.
                - Usatysfakcjonowa​ny? – powtórzył Sebastian, zbliżając swoją twarz do jego ucha. – Nie, jeszcze nie. – Ciel przymknął oczy, przyciskając się mocniej do lodowatej szyby. Gorący oddech na jego szyi sprawił, że niemal jęknął. Gdyby ktoś tylko był na dworze i to widział… byłby skończony. – Ale będę, paniczu. Niedługo.
                Twarz Sebastiana nie ruszyła się z miejsca przez kilka chwil, jakby demon czekał na ruch Ciela. Lecz on nie miał zamiaru mu tego ułatwiać. Nie potrafił też zdobyć się na odepchnięcie ciała lokaja, nie teraz, gdy w końcu wydawało mu się, że jest bliżej… czegoś. Zrozumienia, co się z nim dzieje, tych dziwnych myśli i snów oraz swoich własnych pragnień.
                Sięgnął natomiast do dłoni Sebastiana spoczywającej na zaparowanej od ich gorących oddechów szyby i szarpnął za krawędź śnieżnobiałej rękawiczki.
                Biała jak śnieg.
                Sebastian odsunął się na tyle, by spojrzeć mu w twarz. Już bardziej opanowanym wzrokiem.
                - Nie potrzebujesz ich – wytłumaczył cicho, nie podnosząc wzroku. Czuł, że się rumieni.
                Lokaj uśmiechnął się, wypuszczając powietrze nosem i zrobił krok do tyłu. Gdy tylko hrabia podniósł na niego swoje różnokolorowe oczy, chwycił rękawiczkę na palcu zębami, zsuwając ją powoli z jednej, a potem jej bliźniaczkę z drugiej ręki.
                Ciemny znak Paktu widniejący na wierzchu jego dłoni uspokoił Ciela. Nie wiedział czemu, ale dzięki niemu czuł się… bezpiecznie.
                Z jednej strony Sebastian był na jego usługi. Był przy nim, bo nie miał wyboru. Do końca jego dni. W dodatku był oznaczony przez przynależność do niego, niczym zwierzę w gospodarstwie. Jego własność. Jego demon.
                Z drugiej – przypomniał mu o podjętej decyzji. Jego wątpliwości i starania wydawały mu się teraz śmieszne. Już dawno poprzysiągł zemstę oprawcom swoich rodziców i swoim, postanowił żyć w cieniu i poświęcić życie dla porządku. Jego dusza należała do mrocznej istoty, był skazany na Piekło.
                Doprawdy, czy mogło być gorzej? Po co starał się chronić przed Sebastianem to, co zostało, skoro zostało mu tak niewiele? Czy oddanie się w utalentowane ręce lokaja było naprawdę tak wielkim występkiem i dziwactwem, skoro zaszedł już tak daleko?
                Nadal miał wątpliwości.
                Patrzyli na siebie przez dobre kilka minut, w niemal zupełnej ciszy. Ciel z uniesioną głową, dysząc lekko. Z zaciśniętymi zębami. Sebastian, lekko pochylony, uśmiechnięty, spokojny.
                Młody hrabia czuł się, jakby miliony mikroskopijnych mrówek chodziło mu po ciele. Jego ciało pulsowało gorącem, drżąc. Czuł nieregularne łopotanie serca w piersi i łaskotanie w brzuchu. To uczucie resztek zdrowego rozsądku opuszczającego twe ciało, głupcze – skarcił się, wzdychając ciężko.
                - Zatem, paniczu, co zrobimy z tą… masą wolnego czasu, zanim stopnieje śnieg?
                - …szachy.
                Demon zamrugał, jakby wybity z rytmu. Kącik ust Ciela poszybował do góry. Uspokoił oddech.
                - Słucham?
                - Zagramy w szachy. Przynieś planszę.
                Przez oczy demona przemknął błysk irytacji. Skłonił się bez słowa, dotykając broszki przynależności do domu Phantomhive’ów nagą dłonią i obrócił się na pięcie, pospiesznie wychodząc z pomieszczenia. Bez słowa.
                Hrabia powrócił na swój fotel, z lekkim uśmieszkiem spoglądając w wijący się w kominku ogień. Gdy Sebastian wrócił, układając w ciszy figury na szachownicy, był już spokojny.
                Nigdy nie grali razem. Ciel jednak nie był głupi. Mimo że uważał się za dobrego gracza i niejednokrotnie ogrywał partnerów biznesowych czy gości chętnych „sprawdzenia się w tej niezwykłej sztuce przeciwko nowemu pokoleniu”, nie był mistrzem. Sebastian, natomiast, posiadał niezwykłą inteligencję i miał stulecia, by oglądać miliony rozegranych partii.
                Miał jednak ochotę zagrać. Po prostu. W pobliżu nie było dogodnego przeciwnika, więc jeśli ten dzień już miał być wyjątkowy, to jego partner do gry również mógł być… wyjątkowy.
                Lokaj przysunął stolik z przygotowaną szachownicą do jego fotela, ustawiając przed nim rząd czarnych, wypolerowanych figur. Po drugiej stronie przystawił krzesło spod ściany i zaraz na nim usiadł.
                Ironia sytuacji, gdy młody hrabia grał figurami ciemnymi jak noc, a demon białymi jak śnieg za oknem, nie umknęła jego myślom.
                Białe zaczynały. Sebastian chwycił jednego z Pionów pomiędzy smukłe palce o czarnych paznokciach i wysunął go naprzód, niemal bez zastanowienia. Ciel wysunął własny Pionek w lustrzanym odbiciu, posyłając demonowi czujne spojrzenie.
                Czerwone oczy Sebastiana przestały patrzeć na niego z rozbawieniem i ciepłem. Wydawał się spokojny i poważny, jakby naprawdę potraktował jego rozkaz do towarzyszenia mu w grze na poważnie. To trochę zawiodło hrabiego.
                Demon dostawił drugiego białego Pionka, a chłopak uniósł brew. Ciepłe światło od ognia w kominku oświetlało zaledwie połowę jego twarzy.
                Gambit królewski – pomyślał Ciel. – Poświęcenie słabej figury w celu przyspieszenia rozgrywki. Ciekawe odniesienie do mojej osoby.
                Przyjął gambit, zbijając Piona Sebastiana własnym. To posunięcie było podobno modne ostatnio na salonach. Lokaj może myślał, że jest sprytny. Ciel wiedział jednak, że odrobienie straty w figurach nie będzie takie proste, jak mu się wydaje.
                Wykonywanie przez Sebastiana zwykłych, ludzkich czynności nigdy nie odbijało się bez echa na jego twarzy. Był wyraźnie zaskoczony naturalnością, z jaką jego lokaj przyjął nową rolę.
                Demon nawet nie drgnął, gdy pierwsza figura zniknęła z planszy. Ciel patrzył jak zahipnotyzowany,​ jak jego gładka, elegancka dłoń chwyta wysokiego Gońca i przesuwa go na ukos na pole c4.
                Zwykle w szachach chodziło o strategię, spryt i logiczne myślenie. Phantomhive był jednak dumny. Wiedział, że zbyt długie zastanawianie się nad ruchem będzie wyglądało w oczach przeciwnika na niedoświadczenie​ i brak zdecydowania. Postanowił iść na żywioł, grać instynktownie. Wolał skupić się na grze. Analizowanie każdego ruchu Sebastiana i jego motywów powoli przyprawiało go o ból głowy.
                Sięgnął po najsilniejszą figurę, Hetmana, ustawiając go przy krawędzi szachownicy. Sebastian uniósł brew w odpowiedzi na tak szybki szach. Było to ryzykowne posunięcie, ale zmusiło demona do poruszenia się Królem. To oznaczało, że nie będzie mógł wykonać roszady. Ciel nigdy nie był dobry w przewidywaniu tego konkretnego ruchu, więc cieszył się, że wyeliminował taką możliwość raz na zawsze.
                Jednak bronienie hetmana wymagało czujności i poświęcenia kilku ruchów.
                Sebastian odsunął króla na bok, umykając z trasy bicia czarnego Hetmana. Ciel wykonał własny gambit Pionem, a demon bez mrugnięcia okiem zbił jego figurę Gońcem. W zdobytych punktach był remis. Młody hrabia rozwinął grę wychylając się Skoczkiem. Przy okazji był o jeden ruch bliżej od wspomożenia Hetmana w obronie. Brunet odpowiedział ruchem jak w lustrzanym odbiciu. Ciel przygryzł końcówkę palca, zastanawiając się, co dalej.
                Ich spojrzenia się spotkały. Demon utkwił wzrok w ustach hrabiego, po czym oblizał lekko usta. Chłopakowi od razu zrobiło się gorąco. Potrzasnął głową, pochylając się nad szachownicą i cofając Hetmana na h6. Jeśli tak to miało wyglądać, jeśli miał się bronić, a nie atakować, to też potrafił.
                Ciel próbował pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że to nie jest zwykła gra. Ognisty wzrok demona z drugiego końca planszy mówił mu, że Sebastian brał tę potyczkę bardzo poważnie. Czy były jakieś aspekty Paktu mówiące o tym, że straci na jego rzecz kolejną część swojego istnienia, gdy przegra z lokajem w szachy?
                Nie. To byłoby głupie.
                Niby nieśmiało, demon wysunął kolejny pion z regularnego szeregu. Testował go, i hrabia o tym wiedział. Inicjatywa znów była po jego stronie, i to on miał zdecydować, czy będzie grał rozważnie, czy brawurowo.
                Jeśli chciał podnieść swoje szanse – pomyślał Ciel, przenosząc Konia za Królową. – Mógł użyć Skoczka.
                Demon pierwszy raz się uśmiechnął, wbijając wzrok w czarną figurę Konia. W tym położeniu, blisko krawędzi planszy, figura ta była bardzo mało użyteczna. Z trzech dostępnych dla Skoczka Ciela pól jedno było zajęte przez jego własnego Piona, a drugie oznaczało natychmiastowe bicie.
                Demon przesunął swojego Skoczka, na co w odpowiedzi Ciel przysunął się do niego Hetmanem, grożąc mu biciem. Biały Koń umknął w następnym ruchu. Nie było sensu go gonić, gdyż atakujący Hetman byłby wystawiony jak owca na rzeź niepozornemu Pionowi.
                Kolejna aluzja?
                Niezadowolony hrabia przesunął do przodu własnego Pionka, a roześmiane spojrzenie spod ciemnych kosmyków jego lokaja świadczyło o tym, że demon znał lepsze rozwiązanie w kwestii tego ruchu.
                - Gdy myślałem o grze w szachy z paniczem, nie spodziewałem się, że będzie to aż tak… - Demon wysunął własnego Piona z szeregu, tuż pod nos zapomnianego Hetmana. Swoisty przytyk, groźba. - …zabawne.
                Hrabia, spięty, odpowiedział Koniem przesuniętym na f6, nie broniąc Hetmana.
                - Często to robisz? – spytał spokojnie, nie spuszczając wzroku ze służącego. Wyglądał tak dziwnie – nie stojący na baczność i milczący, a siedzący z nim przy kominku i oddający się… rozrywkom. To było aż do niego niepodobne.
                Ciekawe, jak by wyglądał jedząc ciasto – pomyślał chłopak, nie czując już rumieńców czy dreszczy, a zwykłą ciekawość.
                - Co takiego? – Nie przyjmując wyzwania na szachownicy, użył Wieży, by przysunąć się do Króla. Jeśli Ciel zaryzykowałby szansę zbicia kolejnej figury, na jakiś czas wyłączyłby z gry Hetmana.
                Ciel zbił Gońca Sebastiana swoim czarnym Pionem, zdobywając materialną przewagę. Ścisnął triumfalnie w spoconej dłoni smukłą, białą figurę, jakby była częścią Sebastiana wygraną od niego w równym pojedynku.
                Zamrugał, gdy obok jednego z Pionów gotowego do ataku na Hetmana pojawił się drugi. Ten był chroniony przez Skoczka. Ciel warknął w duchu na ten doskonały ruch.
                - Myślisz. – Przerwał ciszę wypełnioną tylko stukaniem figur o drewnianą planszę i trzaskaniem ogniska. Zanim dokończył, wycofał Hetmana, chroniąc go przed Pionami. Na planszy objął postawę defensywną, gdy z jego ust wypłynęło wyzwanie. - …o mnie.
                Demon nie czekał nawet ze swoim ruchem, odpowiedział w jego trakcie, ścigając Hetmana hrabiego białym Pionkiem.
                - Wiesz, że tak.
                Ciel przełknął gulę w gardle, wsłuchując się w nagłą ciszę. Jego serce biło mu tak szybko, że miał wrażenie, że zaraz wyskoczy mu z piersi. Gdy – niemal w nagrodę za szczerą odpowiedź – podszedł do figur Sebastiana Hetmanem, jego szczupła dłoń delikatnie drżała.
                Demon, ponownie spokojny i trudny do odczytania, nareszcie wyszedł z własnym Hetmanem. Pion Ciela był w pułapce, i jeśli zostałby zbity, jego własna Królowa nie miałaby gdzie uciec.
                Jak ja, teraz.
                27 paź 2012 22:43
                Wycofał się Skoczkiem do pierwszego rzędu, dając Hetmanowi drogę ucieczki. W aktywnym polu gry został teraz jedynie on, a to oznaczało, że będzie niedługo atakowany.
                - Tsk.
                - Proszę się nie denerwować. – Tak, jak przypuszczał – Sebastian zbił mu otoczonego przez biel Piona, zdejmując go z gracją z planszy i podnosząc do ust, by czule na niego chuchnąć. – To tylko gra.
                Uciekł Hetmanem na miejsce zwolnione przez Konia, a Sebastian, po krótkim zastanowieniu, po prostu użył kolejnego Skoczka, pozwalając Cielowi wyjść z inicjatywą.
                Oby tym razem udaną.
                Wyskoczył Gońcem na środek planszy, prosząc w duchu, by demon nie zauważył możliwego ataku na Wieżę przy jego Królu. Sebastian odpowiedział wysuniętym wcześniej Skoczkiem. Może nie widzi?
                Hrabia użył Hetmana, by przebyć pół planszy i strącić kolejnego Piona. Wystarczył ruch, by Sebastian stracił Wieżę i był szachowany. Wszystko szło po jego myśli.
                Zamrugał, gdy demon się nie obronił. Poszedł dalej gońcem, spisując obie wartościowe Wieże na straty. Poddał się? – pomyślał niebieskooki, podejmując wyzwanie. – Czy tu pułapka?
                Posłał Sebastianowi zdziwione, zaintrygowane spojrzenie, ale ten tylko wzruszył nonszalancko jednym ramieniem. Na twarz Ciela wpłynął ciepły, niemal koleżeński uśmiech, na co demon pokręcił tylko głową.
                Hrabia zbił jedną z Wież, tą tuż obok czarnego Króla, swoim Gońcem. Nie był to Szach, jeszcze nie, ale było blisko. Ciel już czuł smak zwycięstwa.
                - Kiepsko ci idzie – oświadczył z zadowoleniem. Sebastian uśmiechnął się tajemniczo, w obliczu nadchodzącej przegranej przenosząc jeden Pion o jedno pole, gdzieś na środku planszy. Właśnie poświęcił kolejną Wieżę.
                Jednak czarny Hetman nie mógł już tak łatwo chronić Króla. Phantomhive rozejrzał się po planszy. W sumie wcześniej mógł iść Hetmanem na a1, do drugiej Wieży. Wtedy Król Sebastiana musiałby uciekać, a Goniec lepiej by się spisał… no, goniąc, niż atakując.
                Już niespokojnie, powoli, przesunął Hetmana na a1, zbijając Wieżę dopiero teraz. Sytuacja na planszy go niepokoiła. Gdy Sebastian odsunął pobłażliwie Króla z trasy jego ataku, było już jasne, że jego Hetman i Goniec były bezużyteczne i łatwe do zablokowania. Nie miał jak atakować.
                Poruszył się Skoczkiem, choć bez przekonania.
                - To nie ma sensu – westchnął, widząc satysfakcję rosnącą w bezdennych oczach demona.
                - Podobno nie lubisz zostawiać niedokończonych spraw, paniczu – westchnął Sebastian, przesuwając kolejną figurę – Konia bijącego Pion na g7. Sebastian miał przewagę. – Szach, mój panie.
                Ciel z warknięciem na jego ironiczny ton odsunął Króla z pola ataku w jedyne rozsądne miejsce – w prawo. Sebastian doskoczył w pościgu za Królem własnym Hetmanem, wystawiając go na atak, do którego szansy Ciel nie mógł przepuścić - jak zrezygnowany by nie był. Ciel zbił Hetamana z grymasem na twarzy, ściskając białą jak śnieg – niewinną niczemu, powtarzał sobie – figurkę w drobnej dłoni.
                Biały Goniec wykonał to, czego Hetman nie zdołał. Sebastian wykonał ostatni Szach, i mimo że Ciel mógłby uciekać Królem w nieskończoność, opadł z westchnieniem na fotel, łapiąc się za podstawę nosa. Może i zbił lokajowi więcej figur, ale przeklęty demon miał przepisową przewagę pozycyjną.
                - Doskonała gra, paniczu – pochwalił go kłamliwie Sebastian, zbierając figury do pudełka z wyraźnym szacunkiem i dbałością. Hrabia mu tylko odwarknął, próbując skupić się bardziej na przyjemnym cieple rozchodzącym się wokół kominka, niż na cierpkim smaku przegranej.
                Nie chciał grać dalej. Wiedział, że w takim stanie psychicznym nie mógł podołać umiejętnościom demona. Sebastian znał go za dobrze, potrafił w mgnieniu oka wyprowadzić go z równowagi i zdekoncentrować.​ Wolał nie wiedzieć, ile razy by przegrał, zanim los dałby mu poczuć choć odrobinę satysfakcji.
                Bo tego właśnie chciał, prawda? Satysfakcji. Przewagi, popatrzenia na Sebastiana z góry. Władzy. Kontroli.
                - Paniczu.
                Poczuł chłodny dotyk na swojej ręce, a gdy otworzył oczy, lokaj klęczał ponownie przed jego fotelem. Chłopak rozluźnił rękę w odruchu, a demon wyjął z zaciśniętej pięści ostatnią białą figurę. Hetmana. Nie cofnął się jednak, patrząc Cielowi w oczy. Blask ognia sprawiał, że cień na ścianie za jego plecami wydawał się poszerzać i tańczyć.
                W jego oczach coś błysnęło, jakby zrozumienie lub pomysł. Uniósł lekko brodę, pokazując chłopakowi bladą skórę i ścięgna na smukłej szyi.
                - A ty, paniczu?
                - Co „ja”? – mruknął Ciel, odwracając wzrok. Znowu robiło mu się gorąco.
                - Myślisz o mnie?
                Przymknął oczy, wypuszczając powietrze nosem. Wiedział, że Sebastian poruszył się, jakby miał zamiar obrócić jego twarz ku sobie. Nic takiego się jednak nie stało.
                Nie było sensu kłamać.
                - Wiesz, że tak – zacytował. Już w momencie, gdy te słowa opuściły jego usta, wiedział, że to był błąd. Otworzył oczy, zaalarmowany, ale było już za późno.
                Demon w czarnym fraku, z błyszczącymi, czerwonymi oczami, chwycił oparcia fotela po obu jego stronach tak mocno, że mebel aż zatrzeszczał. Uchodziła z niego demoniczna aura, jakby te kilka sylab sprawiło, że stracił nad sobą panowanie.
                Ciel nie dał się zastraszyć. Wyprostował plecy, mrużąc oczy i przygotowując się na to, co go czekało.
                Gdy twarz Sebastiana zbliżyła się do jego własnej, był na skraju wrzasku. Ciepło i dziwna siła emanujące z jego ciała sprawiały, że czuł się otępiały i senny.
                Gdy na swoich ustach poczuł delikatny nacisk, niemal dyszał. Nie miał żadnego doświadczenia w całowaniu, choć czasem był jego świadkiem i znał podstawy w tej kwestii. Były jednak ograniczone, więc nie wiedział zupełnie, czego się spodziewać i jak reagować. Jego ręce aż rwały się, by coś zrobić, więc im pozwolił – chwycił kołnierz czarnego smokingu, próbując się czegoś chwycić, dla pewności, a w rezultacie przysuwając demona bliżej.
                Powietrze wokół było nagle ciężkie i gęste, ciężko mu było oddychać. Sebastian musnął jego wargi swoimi własnymi, ale nie zatrzymał się tam, przesuwając delikatnie swoje usta po jego nosie, policzkach, uchu, a następnie szyi. Poznawał, delektował się nowymi możliwościami, doprowadzając Ciela niemal do szaleństwa.
                Pozornie cichy pokój był dla niego teraz środkiem huraganu. Ogień w kominku zdawał się parzyć go gdzieś pod brzuchem oraz w miejscu, gdzie opuszki jego palców zetknęły się ze skórą demona. Krew pulsowała mu w uszach, przez co nie słyszał własnych, cichych westchnięć.
                Demon odsunął się odrobinę. Czerwone, świecące w ciemności, wygłodniałe oczy patrzyły na niego jak zza mgły. Spojrzał ukradkiem na demoniczny uśmiech pod nimi i mógł przysiąc, że widzi ostre kły. Był zdziwiony, że Sebastian nie napiera bardziej, nie korzysta z tej sytuacji, póki jest onieśmielony i słaby.
                Dopiero po chwili zrozumiał, że wybór należał do niego. Mógł iść dowolną drogą, nie będąc popędzanym. W interesie demona nie było zdobycie jego ciała za wszelką cenę, wbrew jego woli. Jego celem było doprowadzenie do sytuacji, gdy Ciel odda mu się dobrowolnie. Złamie własnego ducha i podda się. To była dla demonów chyba największa rozkosz.
                Uśmiechnął się na myśl, że właśnie sprawił mu taką przyjemność.
                Miał już dość czekania. Wiedział, czego chciał i nie chciał być traktowany jak dziecko. Był już najwyższy czas, by Sebastian to zrozumiał.
                Nie myśląc zbyt wiele, przycisnął swoje usta do warg demona, pozwalając temu dziwnemu, ciepłemu uczuciu ogarnąć całe jego drobne ciało. Poczuł, że Sebastian uśmiecha się zwycięsko, ale nie obchodziło go to. Demon oparł kolano pomiędzy jego nogami zwisającymi z fotela i ledwo dotykającymi dywanu i pochylił się bardziej, chwytając brodę hrabiego jedną ręką.
                Dotyk jego palców na skórze, nawet na tak nieczułym i zwyczajnym miejscu, jak podbródek, sprawiły, że Ciel zadrżał. Jego własne dłonie, nie marnując czasu, zsunęły się po torsie demona i zaczęły walczyć ze srebrnymi guzikami od fraka. Sebastian nie miał chyba zamiaru mu pomagać, bo wsunął dłoń w jego miękkie włosy, pogłębiając pocałunek.
                Ciel pół westchnął – pół jęknął, gdy ich języki spotkały się pierwszy raz. Starał się nie wykonywać żadnych ruchów zdradzających, jaki jest zdenerwowany, ale nie mógł powstrzymać dziwnego mrowienia w każdym miejscu, które dotykało choćby ubrania lokaja. Czuł, jakby zaraz miał go pochłonąć ogień.
                Jednak jak na Piekło, było to całkiem przyjemne.
                Sebastian, wprawnymi ruchami, rozwiązał jego krawatkę, potem rozpiął błękitny surdut na jego piersi. Zrzucił część niepotrzebnych ubrań najpierw z Ciela, potem z siebie, po czym chwycił chłopaka pod łopatkami i przyciągnął go do siebie. Hrabia wsunął dłoń we włosy demona, próbując utrzymać równowagę w dziwnej pozycji na fotelu. Drugą ręką złapał się czarnego krawatu, przyciągając głowę bruneta bliżej siebie i chwilowo zyskując przewagę w kierowaniu tempem pocałunku.
                Szybko nauczył się, co robił dobrze, a co źle i co wywoływało w nim najmilsze dreszcze. To całe całowanie nie było takie złe.
                Zwinne palce Sebastiana zaczęły rozpinać jego szarą koszulę, gdy jego gorące usta spoczęły na jego tętnicy szyjnej. Ciel odrzucił głowę w tył, dysząc ciężko i patrząc zamglonymi oczami na kąt pokoju, w którym splątany cień dwóch ciał na fotelu odzwierciedlał ich pozycję przed kominkiem. Na jego twarz wlał się rumieniec.
                Sebastian warknął cicho, gdy jego płonącym oczom ukazał się szczupły, blady tors hrabiego. Od razu sięgnął za jego plecy, by zsunąć wciąż zapięte rękawy z jego ramion, a usta już rozpoczęły wędrówkę w dół. Chłopak nieświadomie wygiął plecy w łuk, wystawiając swoje rozgrzane ciało na kolejne pieszczoty.
                Gdy spojrzał w dół, czerwone spojrzenie demona oraz wszechwiedzący, dumny uśmieszek, które znał tak dobrze, skierowane były na jego zaczerwienioną twarz.
                - Wyglądasz smakowicie, paniczu – skomentował, rozpinając swoją kamizelkę, która upadła na podłogę z metalowym trzaskiem od sprzączek. Ciel odpowiedział mu cierpkim uśmiechem.
                - Zamknij się.
                Nie wiedział, jak znaleźli się w jego sypialni. Zapewne głupi demon użył swoich irytujących umiejętności, by go zdenerwować i zaskoczyć. Pościel była chłodna i widocznie drgnął, gdy spotkała się z jego rozgrzanymi, gołymi plecami. Sebastian zawisł nad nim, wciąż się uśmiechając i patrząc głęboko w parę różnokolorowych oczu. Jego ciemne włosy spadały kaskadą na twarz chłopaka, łaskocząc go.
                Zdecydował się na jeszcze jeden, głęboki pocałunek, gdy jego ręce zajęły się rozpinaniem białej koszuli. Nigdy nie widział Sebastiana bez niej. Przez ułamek sekundy martwił się, że pod nią demon ukrywa coś strasznego.
                Gdy jego już zdecydowane, pewne palce, zetknęły się z twardymi, ciepłymi mięśniami, wszelkie wątpliwości wyfrunęły przez okno. Sebastian położył się tak, by nie przygniatać hrabiego i pozwolił mu na chwilę wytchnienia i poznawanie jego ciała drobnymi, niedoświadczonym​i dłońmi.
                Chłopak poruszał się jak w transie, bez zastanowienia. Mimo braku doświadczenia i choćby wcześniejszego zainteresowania sprawami łóżkowymi był w tym wszystkim nienajgorszy. Działał instynktownie, bez zahamowań, powoli pozwalając sobie robić to, na co miał ochotę. Mógł robić w końcu co chciał – wiadome było, że nie zrobi demonowi krzywdy.
                Gdy ręka z kolistym znakiem paktu przesunęła po wierzchu jego spodni, wbił krótkie paznokcie w biceps Sebastiana. Ich zdeterminowane spojrzenia spotkały się, zanim demon, jak gdyby nigdy nic, zaczął przesuwać dłonią powoli w górę i w dół. Ciel przymknął oczy, wiedząc doskonale, że lokaj wyczuwa rosnącą pod materiałem twardość. Poczuł na swojej szyi ciepły oddech, a następnie delikatne ugryzienie przypieczętowane​ przesunięciem gorącego języka.
                Spazmatyczne oderwanie się bioder od materaca demon uznał za pozwolenie, by rozpiąć hrabiemu pasek.
                Ciel nie dawał za wygraną. Gdy poczuł na swojej najczulszej części ciała dotyk chłodnej dłoni, pociągnął za kruczoczarne włosy. Ich spojrzenia ponownie się spotkały. Tym razem wzrok młodzieńca był zdeterminowany i nieugięty.
                Demon przesunął ręką w górę i w dół, przechylając lekko głowę w bok, jakby pytając, czy mu się podoba. Ciel westchnął, przyciągając twarz demona do swojej, by zdusić swoje pomruki na jego wargach. Po całym jego ciele gorąco rozpływało się już falami. Drżał i oddychał ciężko, a jego biodra raz po raz poruszały się same w kierunku pracującej dłoni demona. Czuł, że powoli zbliża się do końca i był z tego powodu wściekły. Nie chciał, by to się skończyło tylko dla niego. Miał zamiar dostać to, czego chce.
                Chwycił nadgarstek ręki poruszającej się w jego spodniach, przerywając nie tylko pieszczoty, ale i pełen pośpiechu i pasji pocałunek. Demon wycofał rękę, chwytając nią drugą dłoń Ciela, która spoczywała teraz na jego policzku. Ucałował jego nadgarstek, patrząc na niego, aż hrabia otworzy zamglone oczy. Chłopak uspokoił oddech i w ciszy obserwował, jak Sebastian przenosi swoje wilgotne wargi na wnętrze jego dłoni, potem grzbiet, kostki, pierścień, palce, a potem ich opuszki.
                Brunet oparł się na jednym łokciu, drugą ręką przesuwając spokojnie, jakby w zamyśleniu, po brzuchu, klatce piersiowej, ramieniu, szyi, aż w końcu twarzy Ciela. Czarne paznokcie zawędrowały aż do jego lewego oka, którego chłopak specjalnie nie zamknął. Demon napawał się tym widokiem, jego przynależności, oznaczenia, przypisania, tak samo jak hrabia wcześniej.
                Po chwili ciszy palce przesunęły się z powrotem w dół, muskając delikatnie wargi chłopaka.
                Ciel otworzył usta. Nie chciał nic powiedzieć, a mimo to rozwarł je instynktownie, zapraszając palce Sebastiana. Demon patrzył z góry, z dzikim zainteresowaniem​, jak chłopak, zapewnie nie do końca jeszcze wiedząc, po co i dlaczego, zamyka wokół dwóch z nich swoje usta i powoli, jakby nieśmiało, przesuwa po nich językiem.
                W tym jednym momencie młody Phantomhive mógł przysiąc, że Sebastian drgnął. Nie z bólu czy zaskoczenia. Raczej ze zniecierpliwieni​a i przyjemności.
                Chłopak zignorował palące go, pełne pożądania i zaborczości spojrzenie i skupił się na palcach wypełniających jego usta. Powoli cofnął twarz, oblizując się, po czym przesunął koniuszkiem języka po palcu wskazującym demona. Poczuł, jak Sebastian unosi jego biodra, by zsunąć z niego spodnie, więc go ugryzł. Mocno.
                Sebastian syknął z bólu. Udawanego, oczywiście. Ciel uśmiechnął się z zadowoleniem, czując chłodne powietrze na swoich nagich udach.
                - Bardzo nieładnie, paniczu. To bolało – skarcił go delikatnym głosem, przystawiając mu rękę do ust i unosząc oczekująco brwi, jakby prosząc o pocałunek. Ciel przewrócił oczami, nie mając zamiaru tym razem dogadzać demonowi.
                Sebastian cofnął rękę, jakby urażony. Zbliżył swoją twarz do Ciela, obserwując go uważnie. Hrabia myślał, że demon coś powie lub go pocałuje, a zamiast tego poczuł śliskie palce torujące sobie drogę miedzy jego nogami. Przeklęty lokaj zbliżył się tylko po to, by patrzeć na jego reakcję.
                Młody Phantomhive zmusił swe ciało do uspokojenia się. Przymknął oczy, gdy Sebastian pocałował go po raz kolejny. Koniec jednego z szczupłych palców znalazł drogę do środka, na co hrabia zareagował ugryzieniem bruneta w dolną wargę. Palec nie cofnął się, wręcz przeciwnie – wsunął się jeszcze głębiej, a Ciel wbił pięty w materac, zaciskając zęby. Na razie nie było to nieprzyjemne, co najwyżej… dziwne uczucie.
                - Proszę się zrelaksować, paniczu – poradził Sebastian, całując skórę tuż pod jego uchem. Ciel oparł ręce na jego torsie, przesuwając leniwie opuszkami palców po bladej, nieskazitelnej niczym porcelana skórze. Starał się nie myśleć o dyskomforcie czy bólu.
                Sebastian cofnął palce, przyciągnął je do swojej twarzy i oblizał dokładnie, nie zdejmując z niego wzroku. Widok sprawnego różowego języka demona oraz pary białych kłów przyprawił Ciela o ścisk mięśni. Dłoń demona wróciła na swoje miejsce, i tym razem hrabia poczuł dwa palce usiłujące wedrzeć się do jego wnętrza.
                - Jeśli będzie bolało, proszę powiedzieć – westchnął Sebastian, zniżając się do jego obojczyków. Całował, ssał i podgryzał delikatną skórę, odciągając uwagę chłopaka od z początku nieprzyjemnych odczuć. Ciel westchnął donośnie, gdy białe zęby przygryzły jeden z płaskich sutków.
                Dopiero po chwili zorientował się, że demon nie porusza ręką. Oba palce zagłębiły się w nim do końca. Najgorsze miał już za sobą. Demon ponownie cofnął rękę, przysunął ją do ust Ciela, a gdy chłopak prychnął, że nie będzie za niego odwalać całej roboty, oblizał sam, tym razem trzy palce, i powrócił do zadania, jakim było przygotowywanie wejścia chłopca.
                Ciel zrelaksował się, skupiając na miłych odczuciach i obserwując Sebastiana z zainteresowaniem​. Wydawał się skupiony i poważny. Wydawało się, że nie chciał go zranić, mimo że mógł. Wiadome było jednak, że chce, by hrabiemu podobało się to równie bardzo, jak jemu.
                Kolejny sposób na opętanie jego umysłu.
                Ciel nigdy nie był wrogiem przyjemności. Nie próbował już udawać, że jest oburzony czy niezainteresowan​y. Oddał się uczuciom szargającym jego ciałem. Był gotowy.
                Sebastian poprowadził jego rękę do zapięcia swoich czarnych spodni. Tę cichą prośbę Ciel spełnił bez marudzenia, przyglądając się ciału demona z czujnością. Nie pozwolił swojemu wzrokowi zatrzymać się na żadnej jego części zbyt długo, by demon nie pomyślał sobie, że mu się podoba.
                By się nie dowiedział – poprawił się w duchu Ciel. Nie mógł powstrzymać małego uśmiechu.
                - Mamy dobry humor, paniczu? – spytał Sebastian, unosząc z uśmiechem brew. Powoli rozsunął nogi Ciela z zamiarem usadowienia się między nimi. Hrabia powstrzymał go jednak ruchem dłoni. Brew demona powędrowała jeszcze wyżej.
                - Nie tak. Odwróć się. Na plecy – rozkazał hrabia, podnosząc się do siadu. Na twarzy Sebastiana malowało się wyraźne zaskoczenie. Po chwili jednak ułożył swoje rysy z powrotem w obraz zadowolenia i pewności siebie i wykonał polecenie, kładąc się w białej pościeli.
                Znowu – swobodnie i bez zastanowienia. Jakby mu się należało.
                Demon założył ręce za głowę i obserwował z rozbawieniem, jak Ciel, z determinacją na twarzy, siada na jego brzuchu okrakiem. Jego twarz była już niemal w całości uroczo różowa, ale demon powstrzymał się przed ujęciem jej między dłonie.
                Gdy chłopak nie poruszył się przez dłuższy moment, demon uniósł brew.
                - Coś nie tak? Sądziłem, że wiesz, co robisz, paniczu.
                Ciel nie wyglądał na zmieszanego czy przestraszonego.​ Wydawał się… delektować tym widokiem, nagiego Sebastiana tuż pod sobą. Gdy demon dodatkowo oparł głowę na splecionych dłoniach, co okazywało zrelaksowanie i pewną dozę bezbronności, źrenice hrabiego poszerzyły się znacznie.
                W końcu był górą.
                Na jego twarz wpłynął znajomy uśmieszek. Ten sam który prezentował, gdy dokonywał czegoś lub dostawał coś, na co czekał od dawna. Zadowolony. Pewny siebie. Zdeterminowany. Pyszny.
                W obu tego słowa znaczeniach.
                - Sebastian? – Przechylił głowę.
                - Tak, paniczu?
                - Panie – poprawił go pośpiesznie, patrząc na niego w skupieniu. – Wcześniej mówiłeś „mój panie”. Mów tak teraz – rozkazał.
                Uśmiech Sebastiana był niemal zwierzęcy.
                - Z przyjemnością. Mój panie.
                Ciel uniósł z uśmiechem głowę do góry. Światło z kominka rozpalonego w sypialni przed kilkoma godzinami zaznaczało jego smukłą, delikatną sylwetkę, gdy przesunął się do tyłu, by zawisnąć nad kroczem demona. Chwycił go jedną ręką, która nie domykała się do końca wokół jego męskości, i nie podnosząc wzroku opadł na nią, powoli, przymykając oczy i zaciskając zęby, ale nie pokazując po sobie ani odrobiny bólu.
                Sebastian był pod wrażeniem.
                Zajęło to kilka minut, ale nigdzie się nie spieszył. W końcu, gdy chłopak, pokryty pierwszymi kroplami słodkiego potu, usiadł na nim w pełni, demon się poruszył. Wyjął dłonie zza głowy, przesuwając rozgrzanymi palcami po biodrach hrabiego. Ciel podniósł na niego zmęczony wzrok. Nie zniknęła z niego jednak determinacja i pragnienie.
                Pochylił się, patrząc na demona z góry i pocałował go delikatnie. Ruch spowodował, że Sebastian wysunął się z niego. Oddał jednak pocałunek, spokojnie, nie poruszając biodrami, aż jego oddychający ciężko pan nie wyda rozkazu.
                - Tego właśnie chciałeś, Sebastian? – spytał cicho Ciel, odrywając od niego swoje zaczerwienione od wcześniejszych pocałunków usta. Sebastian nie mógł się na niego napatrzeć. Taka dusza w takim ciele. W takiej pozycji. Z nim.
                - Tak, mój panie – westchnął. Ciel opadł z powrotem na jego miednicę i jęknął lekko, gdy demon wsunął się w niego z powrotem. Ten dźwięk spowodował, że Sebastian niemal nie zamienił ich miejscami i nie wyrąbał łóżkiem dziury w ścianie. To by było… nierozsądne. – Powiedz mi, co mam robić, mój panie – poprosił zamiast tego.
                - Tsk. Czy nasza pozycja nie mówi tego za mnie, głupcze? – syknął Ciel, wyraźnie oszołomiony wizją, że miałby mówić takie rzeczy. Sebastian jednak wiedział, czego jego młody hrabia chce. Czego pragnie.
                - Owszem. – Uniósł biodra chłopaka nieco wyżej i dołączył zaraz do niego swoje własne. Hrabia syknął, odrzucając głowę w tył. Chwycił delikatnymi dłońmi za trzymające go nadgarstki lokaja, szukając oparcia, gdy ten nadał swoim ruchom zdecydowane, równomierne tempo.
                Po chwili Ciel otrząsnął się i pochylił do przodu, patrząc na niego uparcie. Dyszał przez lekko rozwarte, wilgotne usta i zaciskał paznokcie na jego ramionach, gdy ruchy Sebastiana stały się głębsze i szybsze.
                Nie wydawał żadnych dźwięków. To się demonowi bardzo nie podobało.
                - Nie musia-ałeś wyganiać reszty… ngh… Sebastian – skarcił go w rytmie pchnięć, starając się brzmieć nonszalancko. Jego oczy były szeroko otwarte. Jedno silne pchnięcie, do samego końca, i usta otworzyły się równie szeroko, w niemym krzyku.
                - Musiałem, mój panie. – W mgnieniu oka obrócił ich, rzucając Ciela na stos miękkich poduszek. Ugiął jedną z jego nóg, usadawiając się wygodniej i przywarł do niego. Chłopak jęknął, gdy poczuł ciepłą skórę demona na swoim ciele. – I zrobię to kolejny raz, choćby miało to oznaczać śnieżycę w lipcu.
                Ciel uśmiechnął się lekko, co wyglądało w jego mniemaniu niezwykle w połączeniu z potarganymi włosami i zamglonymi oczami. Ciemne rzęsy zadrżały, gdy przy silniejszym pchnięciu jego ciało podjechało nieco w górę. Cudem nie uderzył głową w oparcie łóżka.
                - Pocałuj mnie – westchnął między sapnięciami.
                - Tak, panie.
                Ich języki walczyły ze sobą, podczas gdy reszta ich ciał poruszała się w zupełnej zgodzie. Ciel owinął jedną nogę wokół pasa lokaja, a demon, wolnymi rękami, przygwoździł do materaca jego delikatne dłonie, do tej pory wędrujące po jego ciele i zostawiające po sobie czerwone zadrapania.
                Swoimi ustami Sebastian dusił rodzące się w gardle Ciela jęki. Gdy chłopakowi zabrakło powietrza i odrzucił głowę na bok, jęknął donośnie, drżąc z rozkoszy. Demon sięgnął ręką między ich złączone ciała i zaczął ponownie dotykać hrabiego, tym razem w rytm swoich ruchów.
                - A-ah. Seba-astian. Nh!
                Głowa hrabiego miotała się na wszystkie strony, rozrzucając na bok jego włosy. Dyszał przez otwarte szeroko usta, zaciskając oczy. Nie mógł sobie zupełnie poradzić z ogarniającą go ekstazą.
                Sebastian pochylił się nad jego uchem, liżąc delikatną skórę.
                - Mój.
                Ciel zamrugał, jakby próbując się ocucić. Był pewnie przekonany, że zaraz usłyszy „panie”, ale to nie nastąpiło. Demon nad nim uśmiechnął się diabolicznie, pokazując rząd ostrych zębów i błyszczące w ciemności oczy, po czym zwiększył tempo, wywołując u chłopaka nagły, zachrypnięty krzyk.
                Pusta rezydencja miała jednak sens.
                Nie przerwał, gdy mięście Ciela zacisnęły się na nim rytmicznie i jego męskość zapulsowała mu w dłoni, tryskając zaraz białym płynem i brudząc ich ocierające się o siebie ciała. Całował dalej szyję hrabiego, który pojękiwał już teraz otwarcie, gdy jego czułe, delikatne ciało, nadal było pieszczone przez wprawne ręce lokaja.
                - Mój – usłyszał znowu, wyszeptane tym razem do ucha w otoczeniu gorącego oddechu.
                Usłyszał to jeszcze kilka razy tej nocy, wypowiedziane w różnych okolicznościach i różnym tonem. I za każdym razem była to prawda.
                Egzotyczna herbata i szachownica od tej pory towarzyszyła im w podróżach. Kruk i śnieżna pogoda, zupełnym przypadkiem, również. Nawet w maju.
             

Przypominam, że można spokojnie proponować własne pomysły na One-shoty, czy tu - w komentarzach, czy mailowo.